Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój duchowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój duchowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2019

Moje widzenie medytacji



Pewnie nie jestem najlepszą osobą do nauki medytacji. Nigdy nie interesowały mnie szczególnie techniki, metody, nauczyciele czy ashramy… zawsze medytowałam po swojemu, podążając za tym co dla mnie na ten moment żywe. Medytacja to dla mnie przede wszystkim spotkanie ze sobą, czas na bycie „w sobie”, na danie sobie uwagi, rozgoszczenie się w byciu tu i teraz. Jeśli energia podąża za uwagą, to medytacja jest najprostszym sposobem by samych siebie doenergetyzować ;) Efekty moich medytacji bywają bardzo różne, czasem jest to zanurzenie w wewnętrznej ciszy, w pustce, w czystej obecności, czasem kontakt z emocjami, z tym co się wydarza w moim ciele i w mojej energetyce, czasem obserwowanie przepływających myśli, czasem wizje, wglądy, przełomy… a czasem nic… taka błoga zwyczajność chwili :)

Na temat medytowania napisałam już dwa krótsze teksty (które publikowałam tutaj), które przytaczam poniżej. Mówią o różnych podejściach do medytowania, różnych celach, o tym co jest ważniejsze od technik, jak radzić sobie z natrętnymi myślami, oraz o tym jak medytacja może być drogą miłości :)



Jest wiele technik medytacji, za którymi stoją odmienne podejścia i cele. Jedni traktują medytację jak trening – chcą być w tym coraz lepsi, rozwijać umiejętność koncentracji, umieć uspokoić myśli, dążyć do oświecenia. Inni wręcz przeciwnie – pragną doświadczać, mieć wizje, wglądy, „odlecieć”, wyjść poza ciało, przeżywać to co niecodzienne. Ja nie stawiam sobie ani jednego ani drugiego z tych celów. Jedyny mój cel w medytacji to być ze sobą w czułości i uważności. Być w tym co się we mnie wydarza, czymkolwiek to jest. Czasem jest to lot, czasem wewnętrzna cisza. Dzięki temu nigdy nie jest to wysiłek i nigdy nie jestem rozczarowana. Obejmuję siebie tu i teraz zamiast skupiać się na tym co chciałabym by się stało. Medytacja jest więc moją ścieżką do objęcia miłością siebie i wszystkiego co jest. Nic więcej nie jest mi potrzebne :)




Medytacja zaczyna się od rozluźnienia ciała. To bardzo ważne, wręcz podstawowe w medytacji. Kiedy spinasz się pragnąc osiągnąć jakiś założony efekt – brak myśli, konkretną pozycję, spokój, wizje, wglądy, a nawet po prostu koncentrację na oddechu czy sercu...spina się również i ciało, a medytacja to coś co nigdy nie udaje się w napięciu. To właśnie jest dla nas w niej takie trudne, bo przywykliśmy do tego, że żeby coś osiągnąć musimy się napiąć i wysilić. Każde zadanie wymaga jakiegoś wysiłku, a jak się nie udaje to wkładamy tego wysiłku jeszcze więcej. Z medytacją jest wręcz przeciwnie – im mniej wysiłku tym łatwiej płynie. Napięcia nie tylko spinają nasze ciało, sprawiając że szybko robi nam się niewygodnie lub że pojawiają się jakieś symptomy w ciele, ale też generują nerwowe myśli. W napięciu zwyczajnie nie da się nie myśleć! :) A kiedy jesteśmy zdenerwowani to myśli miotają się po naszej głowie jak szalone, w wielkim tempie i bez większego sensu ;) Dlatego jeśli w czasie medytacji pojawiają Ci się w głowie ciągi myśli, to tylko znak że jesteś w napięciu i potrzebujesz się bardziej rozluźnić i w ciele i w umyśle. Nie pomoże w tym oczywiście strofowanie samego siebie w stylu: „no nie! Znowu! Ja nie potrafię medytować! Ok, dobra trzeba się pozbyć tych myśli... uwaga skupiam się....yyyyy!” Pomoże natomiast przyjęcie tego co jest bez oceny, głęboki wdech z rozluźnieniem ciała i przyjęcie, że myśli to oznaka uwalniania się napięć z umysłu, tak jak przeciąganie się to uwalnianie napięć z ciała. Napięty umysł generuje myśli, ale myśli są w tym procesie pomocne, a może nawet niezbędne, o ile nie będziemy na nie reagować większym napięciem. Zestresowany człowiek zazwyczaj nie potrafi od razu po stresującej sytuacji usiąść do medytacji i cyk! - przełączyć umysł na ciszę. Może za wyjątkiem tych co mają za sobą długi trening w takim „cykaniu” ;). Najpierw uwalniają się masy myśli, a napięte ciało wykonuje ogrom pozornie niepotrzebnych ruchów. Na przykład chodzimy w kółko i toczymy burzliwy dialog wewnętrzny ;) Jeśli nie przeszkodzimy sobie w tym odreagowywaniu i nie będziemy chcieli na siłę zmienić tego stanu myśli i ciało powoli zaczną się uspokajać, pojawi się możliwość medytacji (lub też zmęczenie i senność, co też dobrze ;) ). Ze swojego doświadczenia wiem, że kiedy jestem napięta, trudniej mi wejść w medytację, ale to oznacza tylko tyle, że potrzebuję więcej czasu na to by myśli opadły i ciało się rozluźniło, a nie to że się do tego medytacji „nie nadaję”. Po prostu siedzę z tym co się pojawia w głowie i w ciele, spokojnie to obserwuję i widzę jak powoli ta fala opada... nieuchronnie, ale zawsze wolniej niżbyśmy chcieli ;) dlatego ważne jest by dać sobie tyle czasu ile potrzeba, zaakceptować to co jest, oddychać i zauważać każdy wewnętrzny ruch by to przyśpieszyć, każdy ruch niecierpliwości i powstające wraz z nimi napięcie, przyjmować, że one też mają prawo tu być... i dalej oddychać i rozluźniać się na tyle na ile możemy w danej chwili :)


Medytacja to sztuka rozluźnienia się w tym co jest. Wszystkie pozostałe profity: wzrost świadomości, doznania mistyczne, wizje, wglądy, odkrycia i oświecenia to jest to co się nam przydarza kiedy jesteśmy rozluźnieni w tym co jest. Kiedy do niczego nie dążymy, nie mamy oczekiwań, nie wysilamy się i nie oceniamy naszych „wyników”. Kiedy jesteśmy w pełni rozluźnieni medytacja wydarza się sama – jest to stan w nas, który tylko czeka byśmy zrobili dla niego przestrzeń :) 



niedziela, 10 lutego 2019

Różnica między miłością a pragnieniem miłości





W miłości nie ma podziału, na kochającego i kochanego, na biorącego i dającego, na raniącego i ranionego. Ona albo łączy we wszystkim co się dzieje, albo jej nie ma. Nie może dzielić, bo to nie jest jej natura. Inaczej jest z pragnieniem miłości. Tak, ono potrafi rozdzielać nawet tych co tak samo jej pragną. Ono doszukuje się zaburzeń równowagi, dawania za mało, za dużo, bilansów ran… Pragnienie miłości potrafi udawać miłość. Ktoś się pojawia kto budzi obietnicę zaspokojenia pragnienia i ono nagle tak ogromnie rośnie, tak nas wypełnia, rozwibrowuje, zachwyca, że mówimy o tym jak bardzo kochamy. Nadzieja na zaspokojenie głodu, przedsmak wypełnienia tak nas ekscytują, że lecimy „na skrzydłach miłości”… prosto w rozczarowanie. Pragnienie miłości można odróżnić od samej miłości tym, że szczęście łatwo przechodzi w cierpienie, stan zakochania w złość, ekscytacja w smutek… tak jakby ta sama energia mogła nagle zmienić wektor i stać się swym przeciwieństwem, po to by później znów wrócić do punktu: „tak bardzo pragnę Twej miłości” mylonym z „tak bardzo Cię kocham”. Miłość po prostu jest i osładza nam nawet te trudniejsze chwile. Jest stanem niedyskutowalnym, na którego tle drobne i poważniejsze potyczki, czy nieporozumienia przemykają i łagodnieją… dodają trochę ożywczej energii, ale nigdy nie kwestionują tego co jest u podstawy. Często łatwiej nam się z nią połączyć w relacjach z dziećmi czy zwierzętami (rodzicami, bliskimi, byłymi - sprawdź co dla Ciebie jest prawdziwe) - możemy się przez chwilę złościć, może bywać trudniej, ale pod spodem cały czas jest miłość i to sprawia, że niezależnie od wszystkiego ta istota będzie dla nas ważna i że czujemy chęć dzielenia się z nią bez żadnych warunków (choć nie zawsze mamy wewnętrzne zasoby by to robić, to już inny temat). 

Na głębszym poziomie miłość łączy nas z nami samymi. Nie-miłość, pragnienie miłości przebrane za zakochanie, może nas tylko od samych siebie oddzielić, wprowadzić iluzję niezasługiwania, bycia niewystarczającym, lub też iluzję bycia „ponad”. Gdy czujemy, że kogoś kochamy, a jednocześnie sprawia to, że coraz mniej kochamy samych siebie... to nie jest miłość to poszukiwanie miłości. Istotą miłości jest połączenie i potrzebujemy być w połączeniu ze sobą i w zgodzie na siebie, by zarówno umieć dawać, jak i móc przyjąć miłość. A wtedy połączenie z miłością w naszym sercu sprawia, że kochamy siebie i cały świat tylko coraz bardziej i bardziej.... ;) 


Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.

Wzniosłe rady vs prawdziwe uczucia





„Poczuj wdzięczność za życie”, „zanurz się w błogości”, „wypełnij serce miłością”… internet jest pełny tego typu rad i akurat wątki wyżej przywołane są bardzo mi bliskie i często realizowane :) Jest jednak jedno bardzo ważne ALE. Jeśli chcemy poczuć coś lekceważąc i odrzucając to co faktycznie teraz czujemy, to takie próby odczujemy jako gwałt na sobie, a same porady jako drażniące. Jeśli czujemy akurat złość, nie poczujemy miłości, jeśli smutek i żal - trudno będzie nam się „przełączyć” na wdzięczność. Najpierw ta złość, smutek czy żal muszą wybrzmieć, zostać zauważone i przyjęte przez nas by zrobiło się miejsce na coś innego. Inaczej to będzie tylko walka ze sobą… walka o to byt być inną – innym, by czuć inaczej, by być na „wyższej wibracji”. Tyle, że nie ma nic wzniosłego w odrzucaniu siebie… obejmowanie siebie z miłością w tych trudnych emocjach i wysłuchanie tego co mają nam do przekazania to jedyny sposób by być ze sobą w pełni i by pokochać siebie naprawdę bezwarunkowo.

Gdy emocje są wysłuchane i przyjęte milkną… i wtedy często wdzięczność i miłość przychodzą same… ale prawdziwym darem nie jest to, że poczujesz coś upragnionego, a to że w końcu dziecko w Tobie zostało wysłuchane :)


Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.

poniedziałek, 29 maja 2017

W duchowości nie działa "fake it till you make it" ;)



Często mylimy efekty praktyki duchowej z samą praktyką. Widzimy człowieka zaawansowanego w tej praktyce, który jest pełen miłości, zrozumienia, akceptacji i pokory i staramy się stać tacy jak on (ona). Staramy się w tym celu pozbyć wszelkich „negatywności”, być pełni miłości, praktykować tak jak on/a wiele godzin dziennie, pozbyć się pragnień, gwałtownych reakcji, złości...itp tymczasem prawdziwa droga do duchowości to pełne zaakceptowanie tego co jest i tego w jakim miejscu jestem teraz.


W duchowości nie chodzi o naśladowanie mistrza, bo wszystko to co przejawia się poprzez mistrza to tylko skutki uboczne jego praktyki akceptacji, zaufania, miłości, wdzięczności… Naśladując mistrza zapominasz o sobie, pragnąc być taki jak on odrzucasz siebie, porównując się z nim odcinasz się od esencji. Pierwszy krok to zawsze jest przyjęcie tego kim jesteś i w jakim miejscu w życiu jesteś. Pokochanie siebie i świata takim jaki jest. Przyjęcie wszystkiego tego co w nas nie-mistrzowskie, nie-ładne i nie-uduchowione. Wyzbycie się pragnienia by to zmieniać się na czyjś obraz i podobieństwo. Tak się zazwyczaj tajemniczo dzieje, że idąc tą drogą wzrastającej samoakceptacji, miłości do siebie i do świata powoli odpadają z nas maski, pragnienia ego, gwałtowne emocje, czy nieprzyjazne dla innych zachowania… ale to jedynie efekt uboczny a nie cel tej wędrówki. Bez korzenia przyjęcia tego co jest, będziemy tylko udawać spokojnych, pokornych i uduchowionych. Rozwój duchowy zbudowany jest na paradoksie, że zmieniasz się kiedy przestajesz pragnąć zmiany, choć tak naprawdę nie tyle się zmieniasz ile odnajdujesz siebie w sobie, kiedy przestajesz szukać gdzie indziej ;)


Każda trudna emocja, każde wyzwanie w świecie materii, każde odczucie w ciele, to elementy Twojej drogi duchowej, a nie przeszkody na tej drodze, które trzeba usunąć. Wszystko co się w naszym życiu pojawia o czymś do nas mówi, emocje są drogowskazami, świat rezonuje na to czym wibrujemy, a czasem daje nam impulsy by wyjść z tego co znamy i rozwijać się w nowe. Jeśli tego nie przyjmujesz, bo chcesz już być „ponad to”, to tak naprawdę odrzucasz swoją duszę, która Cię prowadzi i siebie jako osobę, która doświadcza nie tego co chciałbyś/abyś doświadczać. Ta ścieżka to ciągłe zderzenia z granicami swojej miłości do siebie i do świata, i ciągłe tych granic poszerzanie.




P.S.1 Dla porządku: popularne angielskie hasło „fake it till you make it“, oznacza tyle, co „udawaj pewnego siebie, dopóki nie staniesz się takim“ - za wikipedia, choć dla mnie to raczej "udawaj że umiesz, aż się nauczysz" :)

P.S.2 Ten tekst i inne podobne znajdziesz na mojej stronie facebookowej Kolor Indygo

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Wewnętrzna rana i jej uzdrawianie



Wewnętrzna rana. Wewnętrzna – bo nie widać jej z zewnątrz. Często sami jej nie widzimy. Przypominamy sobie o niej dopiero, gdy ktoś lub coś nas dotknie w to bardzo czułe miejsce, gdy zapiecze ból, wstyd, żal, lęk… choć wydawało się, że już nie powinny. To oznacza, że nasza rana się jeszcze nie zagoiła do końca, mimo upływu czasu. Najpewniej dlatego, że nie została dobrze oczyszczona i jest tam jeszcze jakieś małe ziarenko żalu, które uwiera, namnażają się bakterie złości, ropnieje urażone ego… I nic innego nam nie pomoże, jak tylko ponowna wiwisekcja naszej rany, otworzenie wszystkich bolesnych tematów tak by zobaczyć co jeszcze jest w nich dla nas żywe, przeżycie związanych z nimi emocji. Woda łez oczyszcza rany. Wypłukuje nagromadzone emocje. Pozwala zasklepić się żałobie, gdy już w ranie nie zostanie nic poza łzami. Gdy puścimy koncepcje winy i kary, racji i niesprawiedliwości, kata i ofiary, dumy i uprzedzenia. Gdy zobaczymy, że pod nimi jest czysty jak kryształ smutek. I gdy wybaczymy tym, którzy zadali nam ranę i sobie za to, że daliśmy się zranić. Aż przyjdzie zgoda na to co się wydarzyło. Uświadomienie sobie jak nasza rana nas wzmocniła, ukształtowała, chroniła. Podziękowanie jej za to i przyjęcie, że to doświadczenie nauczyło nas jak uzdrawiać siebie, jak przemieniać ranę w złoto i jak pomagać innym, który doświadczają tego procesu. Złota blizna pozostanie z nami by przypominać nam o lekcji, którą otrzymaliśmy i tym jaką mamy w sobie siłę.


Inspiracja: kintsukoroi, japońska szuka naprawy stłuczonej ceramiki poprzez wypełnianie pęknięć złotem, w efekcie czego powstaje dzieło sztuki o dużo większej wartości niż przed stłuczeniem.

Pokrewne teksty: 
-> O przepraszaniu dla opornych

Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.

O wybaczaniu i otrzymaniu wybaczenia - krótka osobista historia


photo: Tyler Shields



Poczucie winy i brak wybaczenia to więzy, którymi trzymamy siebie i drugą osobę w potrzasku. Potrafią połączyć dwie osoby na całe życie, zabrać energię i zamknąć serce na miłość, nawet jeżeli przyczyny były względnie błahe. Krzywdy, które otrzymałam od innych, to coś z czym mogę sobie poradzić, mogę zrozumieć jak do nich doszło, przyjąć jako lekcje, mogę wybaczyć i w ten sposób uwolnić siebie od przeżywania żalu czy złości (więcej o tym jak to zrobić przeczytasz chociażby tutaj). Krzywdy, które ja sprawiłam innym, to już zupełnie inna historia. To również są rany, choć zazwyczaj ukryte. Jeśli ktoś wciąż mi czegoś nie wybaczył, to nie tylko siebie tym pęta, ale także i mnie, nawet jeśli nie mamy kontaktu. To trochę tak, jakbym sprawiając komuś cierpienie zaciągała u tej osoby energetyczny dług, który mnie wiąże i tylko ta osoba może swoim wybaczeniem umorzyć. Im więcej mam takich zranień na sumieniu, tym więcej mojej energii jest uwięzionej, czasem także po to by temu zaprzeczać i to wypierać. Dlatego warto choć raz na dekadę zrobić w tym temacie generalne porządki ;) Także po to by potem łatwiej przebaczać innym :)




U mnie taka potrzeba pojawiła się 5 lat temu, w postaci wizji by zrobić sama ze sobą rozliczenie wszystkich moich zaciągniętych „długów”, czyli sytuacji gdy komuś sprawiłam cierpienie, przykrość czy zawód. Nie było tych sytuacji dużo, pewnie większość nie byłaby warta wzmianki czy pamiętania, ale podeszłam do sprawy bardzo uczciwie i przeanalizowałam wszystkie okresy mojego życia pod kątem sytuacji, gdy moje intencje nie były w pełni czyste, uczciwe, gdy w czymś zawiodłam, zachowałam się bez wyczucia itp. Z pewnością nie wyłapałam wszystkiego, to pewnie by nie było możliwe ;) Ale ufam, że to co ważne i trzymające mnie w jakiś sposób wtedy się ujawniło. W paru sytuacjach możliwe było oczyszczenie sytuacji, powiedzenie magicznego słowa przepraszam, które rozpuszcza żal i pomaga wybaczyć lub zadośćuczynienie w jakiś sposób. W innych połączyłam się z moimi „wierzycielami” w medytacji (czy też konkretniej z ich duszami), przeprosiłam za to co zrobiłam, poprosiłam o przebaczenie i zapytałam się też jak mogę wyrównać ten dług. Pojawiły się konkretne działania do wykonania, poczułam przebaczenie i uwolnienie, w każdym razie na tyle na ile było to wtedy możliwe. 

Z perspektywy czasu widzę jak od tamtego czasu w moim życiu zaczęły się dziać cuda! :) Trudno powiedzieć czy to wyłącznie z tego powodu (jest to wątpliwe, bo był to czas paru ważnych rytuałów, doświadczeń i decyzji), ale dzisiaj dziele swoje życie na czas przed tym okresem i po, a poziom wewnętrznej wolności i miłości do siebie wciąż tylko rośnie :)

Do przejścia takiego procesu polecam także rytuał i pieśń Ho'oponopono. Można zmieniać melodię, najważniejsze są 4 pierwsze wersy śpiewane z zapętleniu jak mantra do wszystkich tych, którym jesteśmy coś zawiniliśmy i do tych z którymi mamy powikłane relacje, pełne wzajemnych zranień, z rodzicami na czele

Powiązane teksty:

  • o przepraszaniu, szczególnie polecany wszystkim tym, którzy na samą myśl o przeczytaniu go czują gwałtowny opór ;) - znajdziesz tutaj 
  • o wewnętrznej ranie i jej uzdrawianiu - tutaj

poniedziałek, 20 października 2014

O poszukiwaniu przodków



Ostatnio mocno są ze mną słowa „siedem pokoleń”. Przychodzą do mnie gdy chodzę po lesie, gdy pracuję nad czymś, gdy gotuję… Wiem o co chodzi – o przerwane przeze mnie poszukiwania genealogiczne. A także o linię kobiet, moich Przodkiń, która z jakiegoś powodu urwała się na 5tym pokoleniu, choć wiem, że niewiele trzeba by wejść w przeszłość głębiej. Coś we mnie domaga się domknięcia, przywołania tych kobiet – właśnie z siedmiu pokoleń wstecz, a ja wciąż zasłaniam się brakiem czasu… Dlaczego właśnie siedmiu? Indianie wierzą, że wpływa na nas siedem pokoleń przodków, a my mamy wpływ poprzez nasze życie na kolejnych siedem. Mocno to do mnie przemawia. To jak odtrutka na myślenie, że jestem tu tylko dla siebie. Jesteśmy częścią wielkiej całości, a im głębiej się zanurzymy w przeszłość tym bardziej widzimy jak wielkiej. Jakbyśmy sięgnęli wystarczająco głęboko odkrylibyśmy, że wszyscy jesteśmy spokrewnieni: my ludzie, my zwierzęta, my istoty żywe mamy wspólnego pra-nieskończenie dużo-pra dziadka w postaci jakiegoś jednokomórkowca, który był pionierem życia na planecie Ziemia. Jak pięknie byłoby włączyć w nasze drzewo genealogiczne całe istnienie! :) Ale wróćmy do siedmiu pokoleń. Według Biblii przekleństwo idzie przez siedem pokoleń, Hellinger mówi coś podobnego, choć zdaje się, że nie ogranicza się liczbami. To siedem pokoleń to wołanie, które możemy usłyszeć, które jeszcze jest w nas żywe i domagające się dopełnienia. Jednocześnie to siedem pokoleń to Przodkowie i Przodkinie, którym bezpośrednio zawdzięczamy dar życia. Mam w sobie potrzebę podziękowania im wszystkim po imieniu, choć wiem, że oznacza to długie długie poszukiwania, bo te siedem pokoleń to ni mniej ni więcej tylko 254 osoby! Dlatego na początek pragnę odnaleźć moją linię kobiet i poczuć je jako konkretne osoby za swoimi plecami. Siedem kobiet które przekazywały sobie, z pokolenia na pokolenie, kobiecą mądrość, umiejętności i miłość na tyle na ile potrafiły.



Jak szukać przodków i czym są poszukiwania genealogiczne?


Jest wiele stron i forów genealogicznych, które ten temat omawiają bardzo dokładnie. Ja tutaj napiszę tylko jak to wygląda w dużym uproszczeniu. Otóż zawsze potrzebujemy mieć jakiś punkt zaczepienia, miejsce od którego możemy zacząć poszukiwania. Poszukiwania genealogiczne to jak podążanie po nitce do kłębka, krok po kroku zanurzamy się w przeszłość, ale najpierw musimy znaleźć tą nitkę i ją mocno chwycić. Tym punktem wyjścia jest to co już wiemy o rodzinie i im więcej informacji zgromadzimy tym lepiej. Najważniejsze jest jednak osadzenie w czasie i przestrzeni członka rodziny od którego możemy zacząć poszukiwania. Przykładowo: wiem, że moja babcia urodziła się jako Agata Łuszczyńska w miejscowości Wąwolnica w roku 1927. To już wystarczy by zacząć. Jeżeli
znajdę informacje do jakiej parafii przynależała miejscowość, to już wiem gdzie rozpocząć poszukiwania. Odnajduję akta metrykalne z danego miejsca (na miejscu w parafii, w archiwach, w zasobach Mormonów, w Urzędzie Stanu Cywilnego jeżeli nie minęło jeszcze 100 lat, ostatnio też coraz więcej aktów można znaleźć po prostu w internecie - bardzo polecam wyszukiwarkę geneteka, choć jest też więcej innych baz danych online) na dany rok i szukam interesującej mnie pozycji. W akcie urodzenia znajduję imiona rodziców i ich (przybliżony) wiek, nazwisko panieńskie matki, często parafie, z których pochodzili, oraz czasem informacje dodatkowe o profesji, miejscu zamieszkania, dodatkowych ciekawostkach. Dzięki wyszukiwarkom jak Geneteka łatwe jest też znalezienie aktów ślubu (zazwyczaj dających dużo informacji) i zgonu (często też bardzo pomocnych). Gdy czytamy te akta z przeszłości, zwłaszcza gdy są po polsku, możemy poczuć jakbyśmy nagle "poczuli" naszych przodków. Dla mnie to były niezwykle mocne i poruszające odczucia, szczególnie na początku, gdy akta dotyczyły znanych mi przodków i przywoływały jeden z kluczowych momentów ich życia. 


Taki akt jest dla mnie furtką do dalszych poszukiwań, już wiem z grubsza gdzie i kiedy szukać akt urodzenia pradziadków. Każdy kolejny znaleziony akt pozwala mi zwinąć kolejny fragment nici łączącej mnie z przeszłością. Odkrywam kolejne, czasem zaskakujące, warstwy. Przywołuję z zapomnienia kolejne imiona Przodków i Przodkiń. W tym jest magia i coś z rytuału. Z każdym kolejnym znaleziskiem czuję jak moje korzenie stają się coraz mocniejsze, sięgają głębiej. Oczywiście to jest też ciężka praca. Akty metrykalne zazwyczaj są napisane mało czytelnym pismem, do tego te starsze głównie po rosyjsku cyrylicą lub po niemiecku gotykiem (a jakby sięgnąć najgłębiej to i po łacinie). Tylko dla cierpliwych miłośników rozwiązywania zagadek! :) Czasem nić się rwie, nie ma śladu po naszym przodku, tam gdzie powinien być, albo w aktach metrykalnych brak ważnych danych lub są one nieczytelne… Wtedy można sięgnąć po kolejne narzędzie genealoga, szukać innych śladów: może w spisie powszechnym, a może w księgach meldunkowych? Wszystko zależy od naszej pomysłowości i od wciąż pogłębianej wiedzy o genealogii i historii. Bardzo to przypomina pracę detektywa, tyle że nasze tropy leżą w dalekiej przeszłości, w świecie, który mało przypomina naszą internetową rzeczywistość. A z drugiej strony właśnie Internet może nam czasem dostarczyć informacje kiedy już myślimy, że zgubiliśmy trop! Okaże się nagle, że mamy dalekiego kuzyna, który odnalazł naszych wspólnych przodków i dzieli się swoimi poszukiwaniami w Internecie lub że ktoś gdzieś zindeksował jakieś księgi parafialne, w których znienacka objawia się nasz zaginiony przodek! Poszukiwania korzeni pełne są niespodzianek i nieoczekiwanych odkryć. Czasem idzie jak z kamienia, czasem dokonujemy gwałtownych skoków do przodu… znaczy się do tyłu :) A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że dowiadujemy się coraz więcej o sobie, że poznajemy naszych Przodków i Przodkinie i możemy je teraz uhonorować, wyrazić naszą wdzięczność konkretnym osobom z imieniem i nazwiskiem. 


W tekście o astrogenealogii pisałam o tym, że poszukiwania w archiwach dają astrologom dodatkowy bonus w postaci dat urodzenia przodków z mocno zapewne zaokrąglonymi, ale jednak, godzinami. Dzięki temu można poznać osobowość naszych przodków, wyzwania z którymi się mierzyli i talenty, które otrzymali. Można zobaczyć jak pewne tematy przechodziły z pokolenia na pokolenie, docierając na końcu do nas! To sprawia, że wyzwania, z którymi się borykamy okazują się mieć głębsze poziomy, a nasze talenty stają się w pewnym sensie nie tylko nasze. Nasi Przodkowie, a szczególnie Przodkinie, tak bardzo rzadko mogli coś zrobić ze swoimi wybiegającymi poza ich pozycję społeczną zasobami! Ile wrażliwości artystycznej, talentów naukowych, umiejętności przywódczych i reformatorskich się zmarnowała przez wieki na naszych wsiach i wśród biednych mieszczan! Zresztą we wszystkich warstwach społecznych możliwości wyboru swojej ścieżki życiowej były bardzo mocno ograniczone. Jakie mamy szczęście dzisiaj, że możemy stać się kim chcemy, mamy dostęp do darmowej edukacji, wiadomości z całego świata, możliwości, które daje Internet itd…! Poczułam kiedyś, że to żebym wykorzystała w pełni moje potencjały jest ogromnie ważne nie tylko dla mnie (choć to oczywiście podstawa), ale także dla tych wszystkich moich Przodków i Przodkiń, którzy nosili podobne talenty, ale nie mieli jak i gdzie ich zrealizować. Wielu przeszkodziła wojna i czasy powojenne. Wielu było przytłoczonych troską o przetrwanie. Może nawet jakieś Przodkinie spłonęły na stosie za te talenty, które ja dziś rozwijam w sobie z radosną beztroską?


Podobnie ma się sprawa z wyzwaniami. Czuję mocno, że prawdziwe jest zdanie, że uzdrawiając siebie uzdrawiamy też tych co przed nami i tych co po nas. Siedem pokoleń w tył i w przód. Mając świadomość jak te wątki plotły się w przeszłości czuję to zobowiązanie jeszcze mocniej, a jednocześnie jest mi jakby łatwiej… może dzięki temu, że czuję wsparcie tych którzy byli przede mną?


Polecam również tekst o moich ubiegłorocznych poszukiwaniach i odkryciach: Światło dla dusz, miód dla przodków

Tekst: Maria Moonset

Zdjęcia: 1) Dariusz Klimczak; 2) Helen Sobiralski; 3) Ashley Gilreath; 4) Stephen Criscolo

Jeżeli chcesz przekopiować powyższy tekst lub jego fragmenty, zapoznaj się z zasadami korzystania z moich tekstów, które znajdziesz tutaj

poniedziałek, 5 maja 2014

Jak Marta stała się Marią



Nigdy nie byłam blisko związana z wiarą katolicką. Już jako mała dziewczynka tworzyłam własną formę wiary i własne rytuały. Patrząc na świat przez okna w mieszkaniu na 11 piętrze, gdzie więcej widać było chmur niż ziemi, snułam swoje rozmyślenia. Pamiętam jak ważne było dla mnie odkrycie słów Kierkegaarda: „Prawdę poznaję jedynie wówczas, gdy staje się ona we mnie życiem”, bo nazywało drogę jaką odkrywałam moją wiarę i to co jest moją rzeczywistością. Tak więc czułam co jest dla mnie prawdziwe i odrzucałam pomysły, że skoro dla mnie prawdziwe jest A, to B też musi być. No bo jak zachwyca skoro nie zachwyca? :)


 
Nie byłam blisko wiary katolickiej, ale cała historia, którą tutaj chcę opowiedzieć jest jak taniec z wątkami i opowieściami chrześcijańskimi. A zaczęło się od mojego imienia. Nigdy nie utożsamiałam się z imieniem Marta, wydawało mi się one zbyt twarde, konkretne, surowe. Nie widziałam w nim miejsca na moją delikatność, wrażliwość, intuicję czy kobiecość. Jako dziecko pamiętam, że czułam w nim coś raniącego, choć pewnie nie potrafiłabym tak tego określić. Nic dziwnego, że mocno zapadła mi w pamięć biblijna przypowieść o Marcie i Marii. Dwie siostry, tak różne: Marta skoncentrowana na przygotowywaniu dla Gościa posiłku, Maria zasłuchana w jego słowa. Tyle możliwych interpretacji tej sytuacji: Marta pracowita, Maria leniwa; Marta poświęcająca się, Maria pijąca ze źródła; Marta zirytowana i zazdrosna, Maria z otwartym sercem pełnym miłości; Marta skoncentrowana na tym co ziemskie, Maria skoncentrowana na tym co duchowe; Marta praktyczna i aktywna, Maria niepraktyczna i wrażliwa; Marta yang, Maria yin. Obie potrzebne i na swój sposób wspaniałe. A jednak można odczuć, że Jezus docenił postawę Marii nie Marty: "Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona". Teraz kiedy wróciłam do tej opowieści po latach widzę w tym fragmencie przekaz uspokajający i życzliwy, jednak w mojej pamięci z dzieciństwa pozostał obraz odrzucenia i niesprawiedliwości. I ta myśl, że wolałabym być Marią niż Martą!



Myśl ta została zakopana gdzieś w mojej podświadomości i już do niej nie wracałam. Imię Marta odczuwałam jako pewne brzemię, ale też z czasem coraz więcej widziałam w nim siebie. Mam w sobie tą siłę, konkretność i odpowiedzialność, mam umysł analityczny i nieraz złośliwy, niełatwo mi czasem okazywać uczucia i puścić kontrolę… Duża część tego co pojawia się w opisach znaczenia imienia Marta pasuje do mnie, a jednocześnie… mnie głęboko dotyka. To imię opisuje tą część mnie, która wiąże się z cierpieniem. W jednym z opisów można przeczytać: „Jej charakter dojrzewa bardzo wcześnie, przez co skraca się czas beztroskiej młodości.” I tak właśnie było w moim przypadku, z tym, że ta częściowo wymuszona dojrzałość oznaczała oddzielenie od czegoś co jest moją esencją. 


Zadziało to się całkiem niespodziewanie. Brałam udział w ceremonii z okazji Wiosennego Przesilenia dwa lata temu. Podczas tej ceremonii najstarsza osoba z uczestników gasiła w pewnym momencie świecę zanurzając nas tym samym w kompletnej ciemności. Medytacja w ciemności kończyła się zapaleniem nowego ognia przez najmłodszą uczestniczkę, którą tak się złożyło, że byłam ja. I kiedy tak siedzieliśmy w tej świętej Ciemności czekając na odrodzenie światła pojawiło mi się niczym błysk w umyśle to imię – Maria. W tej medytacji zrozumiałam nagle, że to imię opisuje prawdę o mnie, że ono jest mną. 



Było to ogromne zaskoczenie, bo nigdy nie myślałam o tym imieniu w ten sposób, nie myślałam też o zmianie imienia czy o przybraniu nowego, a nawet gdybym myślała, to na pewno nie wybrałabym Marii. To nie było imię, które określiłabym jako ładne, fajne, miłe. To imię jak ogromny znak mojego przeznaczenia, które mnie trochę przeraża, a trochę zawstydza. Dlatego mimo mnożących się znaków pokazujących, że to właśnie to imię jest mi pisane, długo się nie mogłam zdecydować na przyjęcie go. Miałam poczucie, że do tego imienia trzeba dojrzeć, dorosnąć, oraz, że bym mogła je przyjąć muszę przepracować wszystko to co wiąże się z Martą. Dziś widzę, że poczucie, że to przejście jest trudne i wymagające płynęło z postawy Marty, z jej niepokojów i braku wiary w siebie. Przez te dwa lata przeszłam ogromną drogę powracając do samej siebie, do źródeł miłości do samej siebie i do esencji mojego życia. Ale o czekającej mnie przemianie zazwyczaj wolałam nie pamiętać ;) I znów przypomnienie przyszło samo, niczym grom z jasnego nieba. Nie mogłam mieć wątpliwości, że to właśnie ten moment by przyjąć i rozwijać dary Marii. 



Było to w czasie Wielkiego Krzyża. Krótko wcześniej przepłynął przeze mnie tekst o chrzcie katolickim, jako o rytuale. A wraz z tekstem obraz krzyża – symbolu podzielenia i polaryzacji – otoczonego okręgiem, który te przeciwieństwa łączy i uzdrawia wewnętrzne rozdarcie. Okrąg jako symbol jedności i bycia całością w mojej wizji zastąpić (lub uzupełnić) miał na naszym czole znak krzyża zakreślony podczas chrztu. Kiedy krótko później przeszłam z imienia Marta na Maria, ktoś zwrócił uwagę na to, że „t” zgubiło kreseczkę… Wiem, że mam skłonność do fascynowania się nawet drobnymi znakami, ale ten mnie bardzo poruszył: krzyż w moim imieniu stał się (malutkim) okręgiem! Imię z chrztu świętego zostało zastąpione imieniem z Ceremonii Wiosennego Odrodzenia! Marta dźwigająca ciężar odpowiedzialności i samokrytyczności, stała się Marią z otwartym sercem i pełną zaufania do życia! :)

Witam Was jako Maria! 



P.S. Gdy czytam o siostrach Marii i Marcie lub gdy oglądam obrazy przedstawiające je razem z Jezusem mocno czuję, że one tak naprawdę były / są jedną kobietą! Ich postawy się dopełniają i jedyny problem jest wtedy, gdy jedna nie ma szacunku dla jakości reprezentowanych przez drugą lub gdy jedna jest faworyzowana kosztem drugiej. Obie są częścią mnie. Widzę Marię w moim sercu, a Martę w umyśle oraz jako strażniczkę bramy. Za bramą jest Maria – niewinna i delikatna, tak bardzo potrzebująca w przeszłości ochrony Marty. Teraz pragnę poczuć pełniej jak to jest być Marią, rozgościć się w niej i jako Maria wychodzić do ludzi. Ale Marta również pozostanie ze mną, jako ważna część, której jestem bardzo wdzięczna i która pozwala mi zrównoważyć wrażliwość Marii i radzić sobie w materialnym świecie. Połączenie przeciwieństw, spotkanie sióstr, zabliźnienie ran, uznanie wszystkich aspektów siebie i pozwolenie sobie na podążanie drogą serca… Aho! :)


Powiązane artykuły:


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Chrzest z innej perspektywy - jak zintegrować jego duchowe i życiowe konsekwencje



Jakiś czas temu w artykule o możliwości apostazji przeczytałam taki ustęp:
„Kanonista P. Steczkowski z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie opublikował w wydawnictwie Annales Canonici (2/2006) artykuł o wystąpieniu z Kościoła aktem formalnym. Stwierdza on, iż sformułowanie "wystąpienie z Kościoła katolickiego aktem formalnym" nie może oznaczać nic innego jak tylko specyficzną formę zerwania przez wiernego pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim. Nie jest bowiem możliwe wyłączenie z Kościoła w sensie obiektywnym, ze względu na nieodwracalne ontologiczne skutki sakramentu chrztu. Ksiądz Steczkowski pisze też, że nawet po wystąpieniu z Kościoła aktem formalnym osoba taka nadal podlega prawu kanonicznemu, gdyż jest związana z Kościołem w sposób niepełny. Stanowisko to zostało potwierdzone wielokrotnie przez innych oficjeli Kościoła.”

To zdanie uderzyło mnie swoją prawdziwością. Bo przecież akt chrztu jest zdecydowanie czymś więcej niż tylko pokropieniem dziecku głowy wodą, odebraniem przysięgi od jego rodziców i wpisaniem młodej duszyczki w poczet członków kościoła. To bardzo silny, wsparty wielowiekową tradycją, rytuał! I nawet jeżeli na poziomie intelektu, czy nawet na poziomie czucia jesteś od kościoła daleko, to ten rytuał – pierwsze wielkie święto w Twoim życiu – wciąż jest w mocy.

by Jay Bray Cabaña


Rytuały mają moc dalece wykraczającą poza sens pojedynczych gestów, czy słów. Ich zadaniem jest tworzyć rzeczywistość, a nie ją opisywać. Słowo funkcjonuje w nich jako ekwiwalent boskiej mocy stwórczej – to za pomocą słowa ustanawia się nową tożsamość inicjowanego i jego miejsce w społeczności lub też na poziomie rytuałów bardziej indywidualnych słowo jest wyrazem podjętej decyzji, intencji, która ma moc sprawczą, a nie tylko życzeniową. To samo dotyczy rytualnych gestów. Odtwarzają one często najważniejsze wydarzenia w życiu każdego z nas: proces narodzin i proces umierania. W gruncie rzeczy każdy rytuał przejścia sprowadza się do śmierci i ponownych narodzin. I to się właśnie zadziewa: część z nas umiera, odchodzi by zrobić miejsce na nową tożsamość. Rytuał przejścia jest jak zrzucanie skóry przez węża – to wciąż ten sam wąż, ale odnowiony i uwolniony z ograniczających dotąd struktur. Wąż jako symbol transformacji stał się w chrześcijaństwie symbolem grzechu. Może dlatego, że jego przemiana wypływa z wewnątrz i dzieje

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Piotr Jör Grabowski - Orgazm energetyczny, czym jest i jak można go doświadczyć?



orgazm energetyczny photo by Bruno Dayan



Orgazm energetyczny, zwany też ekstazą, to wyraźnie odczuwalny, mocny ruch w ciele, doświadczenie fizyczne ogromnej przyjemności, czasem połączonej z bólem, które dla większości ludzi dostępne jest na krótką chwilę w sytuacji seksu i orgazmu fizycznego. Zazwyczaj orgazm fizjologiczny jest jedynie mikro zapowiedzią tego, co może wydarzyć się podczas orgazmu energetycznego. Z reguły jest to doświadczenie, które wychodzi z okolicy miednicy, ze sfery genitalnej i przechodzi przez całe ciało w górę doprowadzając do charakterystycznych ruchów, które niektórzy mogą znać właśnie z orgazmu fizycznego. Często manifestuje się to szarpnięciem ciała, mimowolnym odrzuceniem głowy w tył i wydawaniem różnych niecodziennych dźwięków. Czasami jednak ta fala ekstatyczna płynie z innego miejsca, na przykład z serca i rozprasza się po całym ciele. O ile sam ruch tej energii jest z reguły z dołu do góry, to istotnym doświadczeniem ekstatycznym jest napełnianie się, rozgaszczanie się w tym doświadczeniu całym ciałem. Czyli niestymulacyjne odczuwanie przyjemności w każdym zakamarku ciała. Z tej perspektywy tak naprawdę gdziekolwiek skierujemy swoją uwagę i zaczniemy pracować nad otwieraniem przyjemności a potem ekstazy w ciele, jesteśmy w stanie poczuć ją tam gdzie chcemy. I tak, doświadczenie ekstatyczne uzależnione jest niemal wyłącznie od naszej otwartości, od zgody na to by przepuścić przez swoje ciało bez wstydu i zahamowań energię seksualną, a w drugiej kolejności od umiejętności otwierania się na to
doświadczenie, czyli prostych sposobów na rozbudzenie energii seksualnej w ciele i zanurzenie się w odczuwaniu jej.

środa, 18 września 2013

Zwierzęta Mocy: Żaba - Uzdrowicielka

 Ten artykuł jest częścią serii o Zwierzętach Mocy, która powstaje na stronie Świece Moonset


Żaba-Uzdrowicielka obdarza nas lekcją oczyszczenia i samoodnowy za pomocą wody, łez, obmycia ciała, powrotu do łona matki. Żaba jest jednym ze zwierząt przemiany: zanim przybierze dojrzałą formę pływa jako kijanka. Uczy nas, że zanim zaczniemy skakać musimy nauczyć się pływać i dobrze poznać żywioł wody, czyli świat emocji i odczuwania. Dojrzała żaba dba o równowagę między światem yin – wodnym, a yang – nadwodnym. Na powietrzu poluje i nagrzewa się w słońcu. W wodzie regeneruje się i rozmnaża. Do wody ucieka, gdy na lądzie robi się niebezpiecznie. Ale jednocześnie nie boi się eksplorować świat nadwodny.
Żaba przypomina nam o tym, że nawet największy wojownik nie zajdzie daleko odcinając się od swej żeńskiej, czującej strony. Każdy okresowo potrzebuje czasu regeneracji, oczyszczenia z tego co nam nie służy, zanurzenia w emocjach i w swoim ciele. Kobiety doświadczają takiego okresu co miesiąc, a przynajmniej mają szansę go doświadczać, jeżeli potraktują miesiączkę nie jako dyskomfort do zredukowania, ale jako błogosławiony czas oczyszczenia i odrodzenia. Piękną i niezwykle skuteczną praktyką jest uwalnianie wraz z krwią tego od czego chcemy się uwolnić: wzorców działania, postaw, przekonań, starej i już zbyt ciasnej skóry….


Żaba jest więc bardzo bliska kobietom i odnajduje to wyraz w częstych w kulturze skojarzeniach żaby z naga kobietą. Jednak lekcja żaby jest tak samo dostępna dla mężczyzn, bo i oni potrzebują czasem zregenerować siły. Żaba uczy, że drogą do odrodzenia sił jest zanurzenie się w sobie, wejście w stan receptywności i uwolnienie emocji. By się odrodzić musimy najpierw umrzeć, a dokładniej musimy pozwolić by nasze ego umarło pozwalając nam się poddać temu co się dzieje gdy kontaktujemy się z tym co czujemy. 

Gdy potrzebujesz wsparcia w procesie oczyszczania skorzystaj z mocy żywiołu wody: weź kąpiel, zanurz się w jeziorze, uwolnij łzy. Jeżeli chcesz wiedzieć więcej o wchodzeniu w stan receptywności i pracy z emocjami możesz przeczytać ten mój artykuł:  oraz obejrzeć filmik Piotra Jora Grabowskiego "O receptywności i uwadze czuciowej"


Przeczytaj  tekst o zasadach kopiowania, zanim wykorzystasz ten materiał.