Często mylimy te dwa pojęcia. Nazywamy ból cierpieniem, cierpiąc mówimy, że doświadczamy bólu... te doświadczenia wydają się bardzo podobne, jest jednak między nimi kluczowa różnica. Bólowi towarzyszy na głębszym poziomie ulga. Doświadczasz czegoś nieprzyjemnego, ale czujesz, że to Cię właśnie teraz uwalnia. Nie jest to wytłumaczenie głowy, a mocno to czujesz w ciele. To jest jak ból podczas masażu pospinanego ciała – boli, ale chcesz tego więcej, bo czujesz, że ten ból to uwalnianie napięć nagromadzonych w ciele. To nie teoria, która tłumaczy, że ma boleć by pomogło... takie teorie leżą u podstawy wielu dogmatów legitymujących cierpienie i do niego prowadzących. Nie, to uczucie ulgi i uwalniania napięć jest obecne w tym bólu, w tym samym czasie. Czasem jednocześnie z bólem czujemy pod spodem radość, że to się dzieje, część nas mimo bólu krzyczy „nareszcie!”. A część nas w tym samym czasie wyje z rozpaczy... nie ma w tym sprzeczności :)
Czasem nie obejmujemy świadomością obu tych części, wzmacniamy ból, epatujemy nim przed samym sobą, dodajemy do niego cierpienie, odcinając się od widzenia tego co w tym dobre i radosne. Ale gdy to jest właśnie ból, to gdy odrzucimy tą pozę i będziemy ze sobą naprawdę uczciwi, to przyznamy, że tak, to co się dzieje jest potrzebne, nawet jeśli bardzo bolesne. Że to coś w nas zmienia i że to jest dobra zmiana. Cierpienie jest czymś przeciwnym. Tu tylko umieramy coraz bardziej. Tu nie ma pod spodem ani odrobiny radości, ulgi, czy uwalniania. Jak trafnie powiedziała Dominika, cierpienie oznacza, że robisz coś wbrew sobie, wbrew swojemu sercu. Umysł podsuwa po temu wiele powodów i czasem faktycznie są one istotne. Choć często tak naprawdę nie są ;) Im dłużej robimy coś wbrew sobie, tym głębiej wchodzimy w cierpienie, tym ciemniej jest wokół nas, mniej widzimy radości, mniej mamy energii i coraz bardziej walczymy ze sobą, oceniając nasze tendencje do „uciekania” z tego co przynosi nam cierpienie. Uważamy, że mamy wytrwać i że to nam przyniesie jakieś owoce, kiedyś. Ale kompletnie tego nie czujemy tu i teraz – jest coraz gorzej. Napięcia w ciele nie puszczają, a wręcz przeciwnie – narastają w dużym tempie. Napięcia emocjonalne nie wypływają na powierzchnię, a są tłumione i zamrażane. To właśnie jest cierpienie. Tam nie ma nic dla nas poza informacją: to nie jest Twoja droga – zawróć – idź tam gdzie Cię prowadzi serce, tam jest radość, tam jest miłość, tam może być ból, ale jest też ulga :)
Dlaczego "bycie w ciele" często jest dla nas trudne? Po pierwsze dlatego, że
to wydaje się być banał – przecież jestem w ciele, bo niby gdzie??? Działanie
może być trudne, czucie to coś oczywistego. Umiejętność odczuwania swego ciała
wydaje się nam czymś tak prostym jak oddychanie (również zwodnicza prostota ;)
). A wystarczy prosta medytacja z prowadzeniem uwagi czuciowej wzdłuż kręgosłupa
i z czuciem kolejnym części ciała po kolei, a odkrywamy że to wcale nie takie
łatwe. Że łatwiej nam sobie coś wyobrazić niż poczuć, a jak mamy trudność z
wyobrażeniem, to nagle czucie tam nie sięga. Że często „czujemy” oczami i
głową, zamiast ciałem.
Ten mechanizm jest jednak częścią dużo poważniejszego
zjawiska, które na własny użytek nazwałam zewnętrzną perspektywą wobec własnego
ciała. Jesteśmy obserwatorami wobec samych siebie i to obserwatorami mocno
oceniającymi. U mężczyzn w dużym stopniu zawęża się to do patrzenia na swoje
ciało jak na przedmiot, który ma dobrze działać i nie przejawiać żadnych wad i
słabości (typu uczucia). Ta postawa jest zresztą drugim ważnym powodem dla
którego trudno nam być w ciele, bo traktujemy ciało jak mechanizm i nauczyliśmy
się, że emocje to nic dobrego, a od bólu najlepiej uciec w leki lub wizualizacje i udawać, że
go nie ma. To dotyczy tak samo kobiet,
jak i mężczyzn, choć wiadomo wciąż gdzieniegdzie pokutuje hasło, że „chłopaki
nie płaczą”, a kobiety jednak bardziej „mogą” sobie na to pozwolić. U kobiet
pojawia się jednak inna głęboko destrukcyjna postawa, która jest tak
powszechna, że aż kompletnie niedostrzegana. Patrzenie na swoje ciało z
zewnątrz jako na coś co nie tyle ma być sprawne, co dobrze wyglądać. Wiem, dużo
się mówi o ograniczających wzorcach kobiecego piękna, o chorobach takich jak
anoreksja czy bulimia, o kompleksach, operacjach plastycznych, kulcie młodego i
perfekcyjnego ciała…. Zawsze jednak jest to tylko dyskusja o tym, według jakich
kryteriów oceniać nasze ciało i próby uznania piękna także poza sztywnymi
kanonami. Ciągle jednak patrzymy z zewnątrz. Skupiamy się na tym by dobrze
wyglądać, a nie by się dobrze czuć. Dbamy o ciało traktując je z zewnątrz
różnymi preparatami i zabiegami, często całkowicie ignorując to co ono do nas
mówi. Skąd to się bierze? Dlaczego traktujemy swoje ciało, jakby było ono czymś
od nas odrębnym? To proste – nauczyliśmy się tego. Młoda kobieta dowiaduje
się zazwyczaj dość szybko co to znaczy „ładnie siedzieć” i że to na pewno nie
oznacza „siedzieć wygodnie”. Dowiaduje się, że jej ciało, sposób poruszania,
mimika, zachowania są oceniane wg kryteriów estetycznych i uczy się sama tak
oceniać siebie. Dochodzi do tego, że różne fizyczne „braki” lub „nadmiary”
stają się przyczyną wielkich dramatów. Uwaga skupia się na tym jak moje ciało
odbierają inni, a nie na tym jak ja sama je odbieram – czyli jak je czuję.
Mocnym przykładem tego do czego to prowadzi, była opowieść
jednej z instruktorek edukacji
seksualnej o nastolatce, która zadzwoniła do młodzieżowego
telefonu zaufania z pytaniem o to jaka pozycję przyjąć podczas pierwszego razu,
tak by nie były widoczne jej fałdy na brzuchu. Nic innego nie było ważne, tylko
ta konkretna informacja. Ciało widziane z zewnątrz, przez partnera, ważniejsze
niż własne odczucia podczas seksu, czy emocje związane z tym ważnym wydarzeniem.
Brzuch jako fałdy, a nie jako przestrzeń gdzie rodzi się pożądanie, przyjemność, a czasem lęk lub ból....
Czym jest ta perspektywa zewnętrzna dowiedziałam się i
poczułam wyraźnie podczas pewnych warsztatów tantrycznych. To co się często
wydarza na takich zajęciach to powrót do ciała i uczenie się podążania za jego
impulsami. Ziewamy kiedy mamy ochotę, wzdychamy, płaczemy, wyjemy, skaczemy,
zwijamy się… ciało zostaje uwolnione od nakazów i zakazów, które w tzw.
„normalnym świecie” je krępują. Nie – to nie oznacza orgii seksualnej,
osaczania innych swoją ekspresją! Wręcz przeciwnie: okazuje się, że ciało jest
niewinne i często bardziej spragnione czułego dotyku niż dzikich orgii, a
warunki gdzie wszyscy mogą być autentyczni pozwalają nam na uczenie się stawiania
granic. Tak więc właśnie było – weszłam w mocny kontakt z moim ciałem,
poruszałam nim w zgodzie z tym co czuję, pozwalałam sobie na bycie w pełni
autentyczną i spontaniczną… aż do momentu kiedy jeden z mężczyzn opacznie
zinterpretował moje radosne przeciągnięcie się i złapał mnie za talię. Ten pozornie drobny gest dla mnie w tamtym momencie
był szokującym przekroczeniem moich granic, ale też bolesną konfrontacją.
Uderzyła mnie nagle świadomość, że moje zachowanie może być interpretowane
jako: prowokowanie, uwodzenie, mizdrzenie się, kokietowanie… i jeszcze parę
brutalniejszych określeń do wyboru. Z miejsca pełnego bycia w ciele i robienia
tylko tego na co ono ma ochotę, nagłe przerzucenie do perspektywy zewnętrznej,
kiedy patrzę na siebie oczami jakiegoś mężczyzny, było niezwykle raniące. A
więc to to robimy sobie my kobiety! Rezygnujemy z czucia ciała i z
autentyczności na rzecz tego co wyobrażamy sobie, że widzą inni! I z tej
perspektywy każdy gest jest po coś. Poprawiam włosy, bo uwodzę, siadam tak a
tak by wydać się taka a nie inna, przyjmuję odpowiedni wyraz twarzy, a gdy boję
się molestowania rezygnuję ze wszystkiego co mogłoby być odebrane jako
„prowokacja”. Jeżeli macham nogą to nie robię tego dla własnej przyjemności, ale po to by zwrócić na
siebie uwagę. Jeżeli westchnę to nie po to by uwolnić nagromadzone napięcia,
ale po to by pobudzić czyjąś wyobraźnię erotyczną. Jeżeli się przeciągnę, to na pewno nie dla
tego, że mam na to ochotę, ale po to by zaprezentować światu swoje ciało i
zachęcić jakiegoś macho do złapania mnie za talię!
Tak, łatwo tutaj zrzucić winę na mężczyzn. To oni oceniają
nasze ciała, gesty i miny, a też niejednokrotnie mają skłonność do ich
nadinterpretowania projektując na nas własne pożądanie. Pokutuje tu patriarchalny mit myśliwego goniącego piękną łanię. Myśliwego nie
interesują intymne przeżycia zwierzyny, a jedynie to czy ucieknie, czy też da
się złapać. Prawda jest jednak taka, że często to my same – kobiety – widzimy
swoje ciało jako przedmiot i patrzymy na nie z perspektywy owego „łowcy”. A to jest to co możemy zmienić i co jest konieczne byśmy nie wchodziły w nadużywające sytuacje - a bycie "łanią" upolowaną przez mężczyznę, nawet jeśli pociągające jest też otwartą drogą do zostania potraktowaną przedmiotowo. A tym co nas informuje, że właśnie może dojść czy doszło do takiego czy innego nadużycia jest właśnie ciało i słuchanie go (a nie tylko prezentowanie światu) jest kluczowe w odkrywaniu tego czego na prawdę chcę, a czego nie. Nasze ciało wie czy coś jest dla
nas dobre czy nie, czy przy kimś się czujemy bezpiecznie, czy mamy ochotę na
bycie w kontakcie czy nie. Informacjami są: napięcie w ciele, podwyższony głos,
tendencja do rozglądania się na boki, czy do odsuwania się od partnera.
Gdybyśmy słuchali tych sygnałów, jak tylko zaczynają się pojawiać
oszczędziłybyśmy sobie wielu przykrych sytuacji. Ale niestety częściej skupiamy
się na tym jakie wrażenie robimy i jak „powinnyśmy” się zachowywać, tak jakby
to miało większe znaczenie niż nasze dobro.
Oczywiście nie ma niczego złego w chęci podobania się, w
dbaniu o wygląd czy w uwodzicielskich ruchach. To cudownie, gdy kobieta czuje
się w swoim ciele dobrze i kobieco, ciesząc się każdym ruchem i tym jakie
wrażenie robi na innych. Problem zaczyna się wtedy gdy perspektywa zewnętrzna
jest jedyną nam dostępną, gdy to jak wyglądam jest ważniejsze od tego co czuję,
a fałdy na brzuchu istotniejsze niż doświadczanie przyjemności. Żeby poczuć
czym jest nasze ciało, czego potrzebuje, jak pragnie się poruszać potrzebujemy
zmienić perspektywę i wejść w odczuwanie ciała zamiast bycia jedynie widzem. Tańczyć,
jakby nikt nie patrzył, poruszać się tak by nam samym to sprawiało przyjemność,
wyrażać swoją zmysłową naturę nie dla kogoś, ale dla własnej przyjemności…
Praca z ciałem i z seksualnością tak naprawdę do tego celu prowadzi – byśmy odzyskały
nasze ciała, prawo do czucia się w nich jak w domu, do czucia przyjemności bez
poczucia winy i wstydu, byśmy słuchały co nasze ciała mają nam do powiedzenia i
szanowały je.
Jako inspirację polecam piękne video „Why I Dance” i towarzyszący mu przekaz: ""Because the expression of my sexuality does not negate my integrity ,intelligence or autonomy "
P.S. W tym tekście skupiłam się na kulturowych i społecznych przyczynach odcięcia od czucia ciała. Pominęłam natomiast przyczyny indywidualne, traumy, doświadczenie przekroczenia granic, bólu, molestowania, trudne uczucia, które wiążą się z czuciem i które uaktywniają się np. przy dotyku... To temat na osobny artykuł, choć częściowo poruszyłam go już w tym artykule.
Orgazm energetyczny, zwany też ekstazą, to wyraźnie odczuwalny, mocny
ruch w ciele, doświadczenie fizyczne ogromnej przyjemności,
czasem połączonej z bólem, które dla większości ludzi dostępne jest na
krótką chwilę w sytuacji seksu i orgazmu fizycznego. Zazwyczaj orgazm
fizjologiczny jest jedynie mikro zapowiedzią tego, co może wydarzyć się
podczas orgazmu energetycznego. Z reguły jest to doświadczenie, które
wychodzi z okolicy miednicy, ze sfery genitalnej i przechodzi przez całe
ciało w górę doprowadzając do charakterystycznych ruchów, które
niektórzy mogą znać właśnie z orgazmu fizycznego. Często manifestuje się
to szarpnięciem ciała, mimowolnym odrzuceniem głowy w tył i wydawaniem
różnych niecodziennych dźwięków. Czasami jednak ta fala ekstatyczna
płynie z innego miejsca, na przykład z serca i rozprasza się po całym
ciele. O ile sam ruch tej energii jest z reguły z dołu do góry, to
istotnym doświadczeniem ekstatycznym jest napełnianie się, rozgaszczanie
się w tym doświadczeniu całym ciałem. Czyli niestymulacyjne odczuwanie
przyjemności w każdym zakamarku ciała. Z tej perspektywy tak naprawdę
gdziekolwiek skierujemy swoją uwagę i zaczniemy pracować nad otwieraniem
przyjemności a potem ekstazy w ciele, jesteśmy w stanie poczuć ją tam
gdzie chcemy. I tak, doświadczenie ekstatyczne uzależnione jest niemal
wyłącznie od naszej otwartości, od zgody na to by przepuścić przez swoje
ciało bez wstydu i zahamowań energię seksualną, a w drugiej kolejności
od umiejętności otwierania się na to
doświadczenie, czyli prostych
sposobów na rozbudzenie energii seksualnej w ciele i zanurzenie się w
odczuwaniu jej.
Gdy ktoś kto jest „w” tantrze ma opowiedzieć
komuś „poza” o co w tym wszystkim chodzi, pojawiają się typowe problemy znane z
komunikacji międzykulturowej. To co jest wartością dla tantryków zupełnie nie
znajduje zrozumienia w świecie zewnętrznym. Dla typowego reprezentanta nastawionej
na osiągnięcia kultury Zachodu opowieści o bliskości, odczuciach,
doświadczeniach mistycznych to takie niewiele znaczące lanie wody, a
interesujące jest tyko to co i jak się robi. No i oczywiście po co? Co mi to
daje? Kiedy sprowadza się tantrę do technik i informacji o tym jak wydłużyć
erekcję czy uzyskać kobiecą ejakulację, to tak jakby sprowadzać miłość do
produkcji hormonów. Gorzej. Nastawienie na techniki i efekty w rzeczywistości
uniemożliwia poznanie czym jest tantra. Tantra pojawia się wtedy gdy nie ma
oczekiwań i jest otwartość na doświadczenie. Istota tantry bowiem jest mocno
powiązana z receptywnością czyli z aspektem yin. Nie piszę, że równoważna, bo i
tu znajdziemy aspekt yang – w końcu na równoważeniu pierwiastka męskiego i
żeńskiego zazwyczaj opiera się ideę tantry! Jednak gdy żyjemy w świecie tak
mocno nastawionym na aspekt działania i wypierającym odczuwanie, dotknięcie
tego czym jest tantra wymaga odkrycia przestrzeni receptywności, która jest
wspierana przez aspekt yang, ale mu nie służy. Receptywność nie jest po coś.
Choć oczywiście możemy mnożyć korzyści z rozwijania jej. Patrząc na świat z
perspektywy yin wyzbywamy się ambicji i pragnień i odkrywamy, że to co jest tu
i teraz jest fascynującym doświadczeniem. Przestajemy oceniać. Zanurzamy się w
byciu, odkrywamy przyjemność, radość, miłość… nie „wypracowujemy” je, ale
odkrywamy. Odkrywamy też to co bolesne, traumy i wspomnienia, które najczęściej
są prawdziwą przyczyną odrzucania receptywności. Z perspektywy yang te
wspomnienia niczemu nie służą, są złe. Nawet jeżeli już wiem, że pomijanie ich
nie sprawi, że same znikną, to będę szukać technik by się ich pozbyć,
„przepracować”, a w efekcie osiągnąć jakieś swoje cele. Z perspektywy yin po
prostu je przyjmujemy, pozwalamy się im ponieść i nie oceniamy tego. Paradoksem
jest to, że ta „technika” jest dużo skuteczniejsza niż jakiekolwiek działanie.
Tu nie działamy. Dajemy sobie przestrzeń na doświadczanie. Ci co tego
doświadczyli wiedzą jakie to piękne i ważne. Choć na chwilę uwalniamy się od
świata pośpiechu, osiągnięć i masek, które są niezbędne by w tym świecie
przetrwać. I nagle się okazuje, że wszystko to czego NAPRAWDĘ pragnęliśmy jest
na wyciągnięcie dłoni. A nawet lepiej, bo nie trzeba wyciągać dłoni by sięgnąć
wgłąb siebie. Kto doświadczył ten wie, a dla innych to nadal pozostaną puste
frazesy.