Pokazywanie postów oznaczonych etykietą receptywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą receptywność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2015

Pięć kroków do obfitości finansowej



obfitość Lakshmi


Na temat przyciągania pieniędzy istnieje wiele koncepcji: od praktyk czysto duchowych i afirmacyjnych, do rozsądnego zarządzania tymi pieniędzmi, które mamy. Z pewnością jeżeli problemy z pieniędzmi stanowią powtarzający się wzorzec w naszym życiu, to przyglądanie się temu tylko z jednej strony nie wystarczy. Same afirmacje nie zadziałają, jeżeli nie przejmiemy odpowiedzialności za swoje finanse, a wypruwanie sobie żył by zarobić więcej, nie pomoże jeżeli mamy w głowie mocno utrwalony przekaz, że pieniędzy nigdy nie ma wystarczająco dużo lub że nie jestem warta tego by zarabiać dużo. Poniżej opisuję pięć kroków do obfitości i różne perspektywy z których można patrzeć na ten sam problem. Nie jest to żaden "magiczny program", po którym ktoś Ci zagwarantuje sukces, a bardziej opis mojej drogi i usystematyzowanie tego co na niej rozpoznałam. Jedne punkty mogą Cię dotyczyć bardziej, inne mniej, choć zachęcam do uważnego przymierzenia do siebie każdej z tych pięciu perspektyw. Lista z pewnością nie jest wyczerpująca, za to może być dobra jako pewna "checklista" na start ;)


Pięć kroków do obfitości:

1.      Co myślisz o pieniądzach w ogóle? Czy je lubisz czy może uważasz za zło konieczne lub wręcz za coś obrzydliwego? Czy doceniasz je za to czym są – formą energii, krążącą w wymianie między ludźmi? Pieniędzmi możesz wesprzeć tych wytwórców, artystów, sprzedawców, których lubisz i cenisz, możesz je podarować potrzebującym, albo użyć do realizacji swoich marzeń. To, że w świecie istnieją blokady w przepływie tej energii, że jedni zatrzymują jej przepływ gromadząc zasoby tylko dla siebie, a inni rozrzutnie i bezmyślnie wyrzucając je do śmieci nie oznacza, że sama ta energia jest czymś złym. Pieniądze są formą wdzięczności od świata za to co robimy. Odpowiedzią na to co z siebie dajemy. Nie lubienie ich jest więc niewdzięcznością wobec wdzięczności ;) Wyobraź sobie artystę, który kręci nosem na aplauz publiczności, bo jest nie taki jaki powinien, a powinien być większy… Lub kłaniającego się z niechęcią w przekonaniu, że przyjmowanie dowodów uznania to coś co mu nie przystoi… Taki artysta może i będzie miał wielki talent, ale sukcesu prawdopodobnie nie osiągnie. A ludzie którzy nie lubią pieniędzy rzadko je zarabiają ;) 

2.      Jak czujesz się gdy przyjmujesz pieniądze za swoją pracę? Nie chodzi tu o otrzymanie przelewu, ale o otrzymanie gotówki do ręki (niekoniecznie od pracodawcy, równie dobrze np. gotówki od współpasażera oddającego nam pieniądze za benzynę) – jakie to uczucie? Być może jest w tym jakieś zażenowanie, chęć czy tylko mikrotendencja do tego by odmówić przyjęcia, powiedzenia „nie trzeba”, wstydu, że bierzemy „tak dużo”? Wszystko to łączy się z
tematem poczucia niezasługiwania na pieniądze, a co za tym idzie niezasługiwania na dobro płynące ze świata. Jeśli mamy głęboko zakorzenione przekonanie, że nie zasługujemy na bogactwo, czy chociażby na godne życie, to niewielka jest szansa, że nam ono się przydarzy. Będziemy dbać o to by dostawać tylko tyle na ile w naszym poczuciu „zasługujemy”, by uniknąć dyskomfortu związanego z poczuciem, że wzięliśmy coś co nie było dla nas. Podobnie jest z tematem przyjmowania pomocy, ludzie „nie zasługujący” na pieniądze dużo łatwiej dają niż przyjmują. Na szczęście wszystko to opiera się głównie na przekonaniach, więc wiele można tu zrobić chociażby poprzez powtarzanie afirmacji „zasługuję na duże pieniądze” lub poprzez wyłapywanie i zatrzymywanie myśli zakładających, że pieniądze są złe (poprzedni punkt) lub że na nie nie zasługuję. Może pomóc również celebrowanie momentu przyjęcia choćby najmniejszej kwoty, dawanie sobie prawa do tego by cieszyć się naszymi pieniędzmi, bawić się nimi jak dzieci, przeliczać ;) Czasem można nawet wypłacać otrzymaną pensję zanim się „rozejdzie” tylko po to by się w niej symbolicznie lub mniej symbolicznie potarzać ;) W ten sposób zapisujemy w ciele i w umyśle przekonanie, że życie w obfitości jest dla nas czymś naturalnym, mamy do tego prawo i że właśnie taką rzeczywistość wybieramy. Uwaga: jest to w moim przekonaniu dużo bardziej skuteczny sposób celebracji obfitości niż to co robi wielu ludzi sprawiając sobie natychmiast jakieś mniejsze lub większe przyjemności. To też jest fajna chwila, gdy czujemy że możemy sobie pozwolić na coś "wow" po wykonanej pracy i dajemy sobie jakiś mały prezent – coś dla siebie. W ten sposób jednak zapisujemy raczej skrypt pokazujący pieniądze jako coś, co trzeba szybko wydać i dość często zdarza nam się w ten sposób wydać więcej niż rozsądek by podpowiadał ;) Warto tutaj zachować uważność i równowagę pomiędzy wynagradzaniem sobie okresu pracy i inwestowaniu w odpoczynek, a zbyt szybkim przepuszczaniem pieniędzy „by poczuć, że je mamy”. Oznacza to, że zazwyczaj nie do końca sami wierzymy w to, że je mamy (patrz m.in. niezasługiwanie). Ten mechanizm zazwyczaj zakorzeniony jest więc w ambiwalentnym stosunku do pieniędzy, kiedy z jednej strony chcemy cieszyć się obfitością i korzystać z życia, a podświadomie dążymy do jak najszybszego pozbycia się tego „ciężaru” i do powrotu do stanu, który uważamy dla siebie za bardziej „naturalny”. 



3.      Z celebrowaniem otrzymanych pieniędzy wiąże się kolejny punkt – poświęcenie im uwagi. Jak wiele uwagi poświęcasz swoim pieniądzom, stanowi konta, budżetowi? Oczywiście wszyscy znamy przykłady ludzi, którzy w tym zdecydowanie przesadzają, nie chcemy być „niewolnikami pieniędzy”, niechętnie myślimy o kulturze gdzie jedynym celem jest zarabianie pieniędzy. Dlatego mamy masę wyjaśnień by własnemu budżetowi poświęcać jak najmniej uwagi jak to możliwe ;) A tymczasem energia podąża za uwagą jak głosi Huna i to na co dużo patrzymy rośnie. Dlatego życie to sprawa wyboru tego co chcemy wzmacniać, co chcemy zasilać naszą uwagą i energią, oraz odpuszczenia sobie tego co nam tą uwagę i energię bezsensownie zabiera. Pieniądze pewnie dla większości z Was nie będą na pierwszym miejscu – priorytetem może być związek, rodzina, sukces zawodowy, spełnienie twórcze czy coś jeszcze innego. Każdy z nas ma swoją własną piramidę wartości życiowych i warto tak zarządzać swoją uwagą by odpowiadała naszym potrzebom. Jeżeli bezpieczeństwo finansowe, życie jak jakimś poziomie czy np. egzotyczne podróże należą do naszej listy potrzeb, to jednak warto poświęcić im stosowną ilość uwagi :) Zasada jest prosta im więcej uwagi tym większe efekty. Ważne jednak by nie była to negatywna uwaga: ojej mam tak mało, tu nie starcza, tamtego nie mogę, inni mają lepiej, a ja bym chciała wyjechać w tropiki i nie mogę… Uwaga pozytywna, to jak pisałam już wcześniej cieszenie się każdą kwotą, regularne sprawdzanie konta nawet gdy nie spodziewamy się tam znaczących zmian (ten zabieg magiczny stosowałam, gdy zrezygnowałam z pracy i szukałam swojej drogi, a zadziałał w ten sposób, że nigdy nie zabrakło mi na przeżycie, co uważam za mały cud ;) ), ale także planowanie budżetu, szukanie oszczędności, myślenie o tym jak można zarobić więcej i realizowanie tych pomysłów, zwykłe pamiętanie o tej stronie życia i dbanie o nią. Do tego zabiegi magiczne typu uporządkowanie i doładowanie odpowiedniej sfery feng shui, ustawienie np. obrazku z Lakshmi w widocznym miejscu, tak by nam przypinała o temacie (potwierdzam skuteczność!), lub nabycie innych figurek i amuletów,  których naprawdę jest duża nomen omen obfitość ;)  Dodam jeszcze, że poza uwagą, nasza bogini Lakshmi / Bóg pieniądza / Błogosławiona Obfitość - czy jak tam pragniemy się do niej zwracać – domaga się od nas szacunku. Dlatego nie mówmy „pieniążki”, a „pieniądze”! Według niektórych podań bogini Lakshmi etc. domaga się również ofiar ;) Nie chodzi jednak o żadne dziwne rytuały ku czci, a o uruchamianie przepływu pieniędzy poprzez (symboliczne lub nie) podzielenie się tym co mamy z tymi co potrzebują bardziej lub zasilając ważne dla nas działania i idee. Ma to sens i może działać, zgodnie z ideą, że obfitość to coś co krąży między nami a światem, więc by dostawać, trzeba też dawać. Łatwo tu jednak wpaść w jedną z pułapek opisanych wyżej, czyli datkami zagłuszać poczucie winy, że ja mam i że co gorsza chcę mieć więcej. Czuję, że ta metoda działa, gdy dajemy z serca, a nie tylko jako „magiczną inwestycję” lub z poczucia winy. Jeśli macie w tym temacie jakieś doświadczenia, podzielcie się nimi w komentarzu - chętnie więc przeczytam Wasze historie :)



4.      Jeżeli uporządkowaliśmy (lub wydaje się nam że uporządkowaliśmy) przekonania, celebrujemy, poświęcamy uwagę i nadal nie płynie to istnieje poważne podejrzenie, że trzeba zanurkować głębiej… A jeżeli staraliśmy się robić powyższe, ale coś nas na różnych etapach zatrzymywało to jest to właściwie pewne, że mamy do przepracowania poważniejszy temat. Jest więc „coś” co nas blokuje przed zarabianiem pieniędzy. Możemy z tym popracować różnymi metodami psychologicznymi, najlepiej poprzez terapię (trochę słabe rozwiązanie gdy nie mamy pieniędzy ;P). Samodzielnie możemy jednak pomyśleć o tym jak wyglądała relacja z pieniędzmi w naszej rodzinie, jakie dostaliśmy od niej wzorce, czy czuliśmy że mamy prawo mieć coś swojego, przyjmować, cieszyć się życiem, ba być może nawet żyć? Czy możemy sami dać sobie to prawo? Możemy też zacząć od pytania: co by się zmieniło w moim życiu gdyby zaczął/ęła zarabiać duże pieniądze? Co bym stracił/a? Co jest dobrego/bezpiecznego/karmiącego w sytuacji obecnej? Każdy może znaleźć inne odpowiedzi. Często jednak może stać za tym potrzeba dziecka by ktoś się nim zaopiekował. A może w dzieciństwie podjęliśmy transakcję, w której oddaliśmy nasz komfort za coś innego, np za miłość i akceptację rodziców, za uniknięcie jakichś zagrożeń, odrzucenia, wstydu? Być może nadal tkwimy w takiej transakcji nieświadomie czekając na jakieś wyrównanie za nasze krzywdy i poświęcenie? Czy możemy zaakceptować to, że to wyrównanie nigdy nie przyjdzie, w każdym razie nie od rodziców i zwolnić siebie z tej umowy? Przyjąć, ze my sami możemy sobie dać zarówno miłość, akceptację, jak i bezpieczeństwo finansowe i komfort, a wszystkich innych w naszym życiu zwolnić od tej roli? Wychodząc z miejsca dziecka czekającego na dobrego rodzica, który o wszystko zadba, możemy w końcu przejąć odpowiedzialność za swoje życie, także finansowe. Często to jednak nie jest takie proste... I tu pojawia się poziom jeszcze głębszy, czyli relacja z matką. Według Hellingera to nasza wewnętrzna relacja z matką odpowiada za to na ile mamy poczucie, że świat nas żywi, na ile umiemy cieszyć się obfitością i wsparciem ze strony innych i okoliczności lub tez przeciwnie – na ile czujemy, że świat jest nam wrogi, niesprzyjający, odmawiający zaspokojenia naszych potrzeb, odrzucający… Hellinger mówi, że dopóki nie przyjmiemy matki do serca taką jaka jest, to będziemy widzieć świat na jej obraz i podobieństwo, będziemy przyciągać do siebie podobne doświadczenia i podobnych ludzi. W tym przyjęciu do serca chodzi także o wybaczenie jej wszystkiego co dotąd trzymaliśmy jako urazy i dostrzeżenie, że dała nam wszystko co mogła nam dać, bo więcej sama nie miała, a także o otworzenie serca na miłość do niej i na przyjęcie miłości od niej - na poziomie duszy. Droga długa i wcale nie łatwa, ale warta przejścia nie tylko z uwagi na domowy budżet ;) Warto się temu poprzyglądać, a jeżeli chcesz przejść przez ten proces i potrzebujesz wsparcia, możesz skorzystać z różnych form ustawień i terapii.


5.      Mówi się o obfitości, że dostajemy tyle ile z siebie dajemy i tyle ile jesteśmy w stanie przyjąć. W powyższych czterech krokach pracowaliśmy przede wszystkim nad tym by umieć przyjąć, a więc by nie blokować przepływu. Druga strona medalu jednak jest nie mniej ważna. Obfitość, to wbrew pozorom nie coś co trzeba „zdobyć”, a coś co jest odpowiedzią świata na to, co dajemy od siebie. Nie bez powodu w astrologii jest to dziedzina podporządkowana planecie harmonijnych relacji – Wenus, a nie planecie walki i zdobywania Marsowi. W naszej kulturze niestety wciąż dominuje marsowe podejście do pieniędzy, a więc by mieć muszę zdobyć, wywalczyć, zabrać innym. Pieniądze są łupem, trofeum, dowodem naszego „męstwa” i zaradności. Gdy spojrzymy na nie z perspektywy wenusowej, zobaczymy, że tak naprawdę są one elementem wymiany między ludźmi, wyrazem wdzięczności za to co robimy, wyrównaniem poświęconego czasu i odpowiedzią na jakość i zapotrzebowanie na naszą usługę/pracę. Dlatego myśląc o tym jak mogę zarabiać większe pieniądze, warto wyjść od pytania o to, co wartościowego mam do dania ludziom i światu? Jak mogę za pomocą moich talentów dać innym coś wartościowego, coś co zaspokoi ich potrzeby? Czasem mamy na ten temat nierealistyczne wyobrażenia, albo wydaje nam się, że coś co lubimy/umiemy robić nie jest wartościowe, albo też trzymamy się przekonania, że coś, co robimy tak naprawdę tylko dla siebie, jest również potrzebne innym. Owszem często tak bywa, ale nie zawsze. I czasem warto po prostu dać sobie prawo, by to robić tylko dla własnej przyjemności – wtedy chociaż jesteśmy ze sobą uczciwi. A czasem z tej przyjemności narodzi się nowa działalność, która stanie się drogą na życie – tego nigdy nie wiadomo :) Szukanie swojej dalszej drogi zawodowej zawiera cztery elementy, z których warto jak najwięcej uwzględnić: co umiem robić? Co lubię robić? Co jest potrzebne światu? Oraz za co mi zapłacą w gotówce a nie w innych formach wdzięczności ;) Ładnie pokazuje to poniższy obrazek :)



Ważne jest jednak, że nie chodzi tu o szukanie swojego „powołania”, „misji życiowej”, czegoś co będziesz robić do końca życia – takie podejście do sprawy dla wielu jest blokujące. Po prostu część z nas szybko się nudzi w jednej działalności i lubi częste zmiany. Dlatego im więcej znajdziesz pomysłów na to co masz do zaoferowania ludziom, tym lepiej! :) A jeśli widzisz siebie przez czarne okulary, to polecam skorzystanie przy poszukiwaniach ze wsparcia przyjaciół, zawodowych doradców czy astrologa :) Na marginesie dodam jeszcze, że znajdowanie czasu na robienie czegoś tylko dla przyjemności o ile nie koniecznie przyniesie nam pieniądze, to samo w sobie jest celebracją bogini Wenus, czyli rytuałem, który może przyciągać obfitość, o ile nie "skazimy" go oczekiwaniami, wymaganiami, rozliczeniami i nie zamienimy sobie przyjemności w obowiązek ;) 

W powyższych pięciu krokach skupiłam się na tym co (z grubsza) psychologiczne. Na metodach oszczędzania, planowania budżetu, inwestowania itp. się nie znam, więc pisać nie będę :) Choć wcale nie uważam ich za nieistotne - przykładowo myślę, że dobrym sposobem zarówno na przytrzymywanie uwagi przy naszym budżecie, jak i na wychodzenie z długów i budowanie finansowej poduszki bezpieczeństwa jest korzystanie z wiedzy zawartej w tym blogu. Z pewnością nie ma magicznej metody zarabiania, która uczyni z każdego milionera, zwłaszcza jeżeli kandydat na milionera nie przepracował powyższych pięciu punktów, ale im więcej wiedzy, tym mniej błędów. Z pewnością nie ma również prostej drogi dla każdego, by wyjść z ograniczających wzorców dotyczących pieniędzy. Powyższe kroki są wskazówkami, a nie receptą, pokazują gdzie warto spojrzeć i od czego zacząć, ale droga każdej osoby jest inna, tak jak i inny jest cel – bo życie w obfitości dla każdego z nas trochę co innego oznacza :) Powodzenia w otwieraniu się na doświadczenie nasycenia i promieniowania obfitością Wam życzę! :)

droga do bogactwa

poniedziałek, 4 maja 2015

Kobiece ciało - czemu bycie w ciele jest trudne?



Dlaczego "bycie w ciele" często jest dla nas trudne? Po pierwsze dlatego, że to wydaje się być banał – przecież jestem w ciele, bo niby gdzie??? Działanie może być trudne, czucie to coś oczywistego. Umiejętność odczuwania swego ciała wydaje się nam czymś tak prostym jak oddychanie (również zwodnicza prostota ;) ). A wystarczy prosta medytacja z prowadzeniem uwagi czuciowej wzdłuż kręgosłupa i z czuciem kolejnym części ciała po kolei, a odkrywamy że to wcale nie takie łatwe. Że łatwiej nam sobie coś wyobrazić niż poczuć, a jak mamy trudność z wyobrażeniem, to nagle czucie tam nie sięga. Że często „czujemy” oczami i głową, zamiast ciałem.

Ten mechanizm jest jednak częścią dużo poważniejszego zjawiska, które na własny użytek nazwałam zewnętrzną perspektywą wobec własnego ciała. Jesteśmy obserwatorami wobec samych siebie i to obserwatorami mocno oceniającymi. U mężczyzn w dużym stopniu zawęża się to do patrzenia na swoje ciało jak na przedmiot, który ma dobrze działać i nie przejawiać żadnych wad i słabości (typu uczucia). Ta postawa jest zresztą drugim ważnym powodem dla którego trudno nam być w ciele, bo traktujemy ciało jak mechanizm i nauczyliśmy się, że emocje to nic dobrego, a od bólu najlepiej uciec w leki lub wizualizacje i udawać, że go nie ma.  To dotyczy tak samo kobiet, jak i mężczyzn, choć wiadomo wciąż gdzieniegdzie pokutuje hasło, że „chłopaki nie płaczą”, a kobiety jednak bardziej „mogą” sobie na to pozwolić. U kobiet pojawia się jednak inna głęboko destrukcyjna postawa, która jest tak powszechna, że aż kompletnie niedostrzegana. Patrzenie na swoje ciało z zewnątrz jako na coś co nie tyle ma być sprawne, co dobrze wyglądać. Wiem, dużo się mówi o ograniczających wzorcach kobiecego piękna, o chorobach takich jak anoreksja czy bulimia, o kompleksach, operacjach plastycznych, kulcie młodego i perfekcyjnego ciała…. Zawsze jednak jest to tylko dyskusja o tym, według jakich kryteriów oceniać nasze ciało i próby uznania piękna także poza sztywnymi kanonami. Ciągle jednak patrzymy z zewnątrz. Skupiamy się na tym by dobrze wyglądać, a nie by się dobrze czuć. Dbamy o ciało traktując je z zewnątrz różnymi preparatami i zabiegami, często całkowicie ignorując to co ono do nas mówi. Skąd to się bierze? Dlaczego traktujemy swoje ciało, jakby było ono czymś od nas odrębnym? To proste – nauczyliśmy się tego. Młoda kobieta dowiaduje się zazwyczaj dość szybko co to znaczy „ładnie siedzieć” i że to na pewno nie oznacza „siedzieć wygodnie”. Dowiaduje się, że jej ciało, sposób poruszania, mimika, zachowania są oceniane wg kryteriów estetycznych i uczy się sama tak oceniać siebie. Dochodzi do tego, że różne fizyczne „braki” lub „nadmiary” stają się przyczyną wielkich dramatów. Uwaga skupia się na tym jak moje ciało odbierają inni, a nie na tym jak ja sama je odbieram – czyli jak je czuję.



Mocnym przykładem tego do czego to prowadzi, była opowieść jednej z instruktorek edukacji
seksualnej o nastolatce, która zadzwoniła do młodzieżowego telefonu zaufania z pytaniem o to jaka pozycję przyjąć podczas pierwszego razu, tak by nie były widoczne jej fałdy na brzuchu. Nic innego nie było ważne, tylko ta konkretna informacja. Ciało widziane z zewnątrz, przez partnera, ważniejsze niż własne odczucia podczas seksu, czy emocje związane z tym ważnym wydarzeniem. Brzuch jako fałdy, a nie jako przestrzeń gdzie rodzi się pożądanie, przyjemność, a czasem lęk lub ból....



Czym jest ta perspektywa zewnętrzna dowiedziałam się i poczułam wyraźnie podczas pewnych warsztatów tantrycznych. To co się często wydarza na takich zajęciach to powrót do ciała i uczenie się podążania za jego impulsami. Ziewamy kiedy mamy ochotę, wzdychamy, płaczemy, wyjemy, skaczemy, zwijamy się… ciało zostaje uwolnione od nakazów i zakazów, które w tzw. „normalnym świecie” je krępują. Nie – to nie oznacza orgii seksualnej, osaczania innych swoją ekspresją! Wręcz przeciwnie: okazuje się, że ciało jest niewinne i często bardziej spragnione czułego dotyku niż dzikich orgii, a warunki gdzie wszyscy mogą być autentyczni pozwalają nam na uczenie się stawiania granic. Tak więc właśnie było – weszłam w mocny kontakt z moim ciałem, poruszałam nim w zgodzie z tym co czuję, pozwalałam sobie na bycie w pełni autentyczną i spontaniczną… aż do momentu kiedy jeden z mężczyzn opacznie zinterpretował moje radosne przeciągnięcie się i złapał mnie za talię.  Ten pozornie drobny gest dla mnie w tamtym momencie był szokującym przekroczeniem moich granic, ale też bolesną konfrontacją. Uderzyła mnie nagle świadomość, że moje zachowanie może być interpretowane jako: prowokowanie, uwodzenie, mizdrzenie się, kokietowanie… i jeszcze parę brutalniejszych określeń do wyboru. Z miejsca pełnego bycia w ciele i robienia tylko tego na co ono ma ochotę, nagłe przerzucenie do perspektywy zewnętrznej, kiedy patrzę na siebie oczami jakiegoś mężczyzny, było niezwykle raniące. A więc to to robimy sobie my kobiety! Rezygnujemy z czucia ciała i z autentyczności na rzecz tego co wyobrażamy sobie, że widzą inni! I z tej perspektywy każdy gest jest po coś. Poprawiam włosy, bo uwodzę, siadam tak a tak by wydać się taka a nie inna, przyjmuję odpowiedni wyraz twarzy, a gdy boję się molestowania rezygnuję ze wszystkiego co mogłoby być odebrane jako „prowokacja”. Jeżeli macham nogą to nie robię tego dla  własnej przyjemności, ale po to by zwrócić na siebie uwagę. Jeżeli westchnę to nie po to by uwolnić nagromadzone napięcia, ale po to by pobudzić czyjąś wyobraźnię erotyczną.  Jeżeli się przeciągnę, to na pewno nie dla tego, że mam na to ochotę, ale po to by zaprezentować światu swoje ciało i zachęcić jakiegoś macho do złapania mnie za talię!



Tak, łatwo tutaj zrzucić winę na mężczyzn. To oni oceniają nasze ciała, gesty i miny, a też niejednokrotnie mają skłonność do ich nadinterpretowania projektując na nas własne pożądanie. Pokutuje tu patriarchalny mit myśliwego goniącego piękną łanię. Myśliwego nie interesują intymne przeżycia zwierzyny, a jedynie to czy ucieknie, czy też da się złapać. Prawda jest jednak taka, że często to my same – kobiety – widzimy swoje ciało jako przedmiot i patrzymy na nie z perspektywy owego „łowcy”. A to jest to co możemy zmienić i co jest konieczne byśmy nie wchodziły w nadużywające sytuacje - a bycie "łanią" upolowaną przez mężczyznę, nawet jeśli pociągające jest też otwartą drogą do zostania potraktowaną przedmiotowo. A tym co nas informuje, że właśnie może dojść czy doszło do takiego czy innego nadużycia jest właśnie ciało i słuchanie go (a nie tylko prezentowanie światu) jest kluczowe w odkrywaniu tego czego na prawdę chcę, a czego nie. Nasze ciało wie czy coś jest dla nas dobre czy nie, czy przy kimś się czujemy bezpiecznie, czy mamy ochotę na bycie w kontakcie czy nie. Informacjami są: napięcie w ciele, podwyższony głos, tendencja do rozglądania się na boki, czy do odsuwania się od partnera. Gdybyśmy słuchali tych sygnałów, jak tylko zaczynają się pojawiać oszczędziłybyśmy sobie wielu przykrych sytuacji. Ale niestety częściej skupiamy się na tym jakie wrażenie robimy i jak „powinnyśmy” się zachowywać, tak jakby to miało większe znaczenie niż nasze dobro.



Oczywiście nie ma niczego złego w chęci podobania się, w dbaniu o wygląd czy w uwodzicielskich ruchach. To cudownie, gdy kobieta czuje się w swoim ciele dobrze i kobieco, ciesząc się każdym ruchem i tym jakie wrażenie robi na innych. Problem zaczyna się wtedy gdy perspektywa zewnętrzna jest jedyną nam dostępną, gdy to jak wyglądam jest ważniejsze od tego co czuję, a fałdy na brzuchu istotniejsze niż doświadczanie przyjemności. Żeby poczuć czym jest nasze ciało, czego potrzebuje, jak pragnie się poruszać potrzebujemy zmienić perspektywę i wejść w odczuwanie ciała zamiast bycia jedynie widzem. Tańczyć, jakby nikt nie patrzył, poruszać się tak by nam samym to sprawiało przyjemność, wyrażać swoją zmysłową naturę nie dla kogoś, ale dla własnej przyjemności… Praca z ciałem i z seksualnością tak naprawdę do tego celu prowadzi – byśmy odzyskały nasze ciała, prawo do czucia się w nich jak w domu, do czucia przyjemności bez poczucia winy i wstydu, byśmy słuchały co nasze ciała mają nam do powiedzenia i szanowały je.


Jako inspirację polecam piękne video „Why I Dance” i towarzyszący mu przekaz: ""Because the expression of my sexuality does not negate my integrity ,intelligence or autonomy "






P.S. W tym tekście skupiłam się na kulturowych i społecznych przyczynach odcięcia od czucia ciała. Pominęłam natomiast przyczyny indywidualne, traumy, doświadczenie przekroczenia granic, bólu, molestowania, trudne uczucia, które wiążą się z czuciem i które uaktywniają się np. przy dotyku... To temat na osobny artykuł, choć częściowo poruszyłam go już w tym artykule.


piątek, 20 czerwca 2014

O depresji, czyli kiedy nieprzeżyte emocje stają się ciężarem

Artykuł z 2014 roku. 




Zawsze miałam poczucie, że we wspieraniu osób z depresją za dużo jest słów, a za mało czucia. Także wtedy, kiedy sama na nią cierpiałam – omówienie tego dlaczego, po co, czy mam rację czy nie w moim czarnym postrzeganiu siebie i świata, wydawało się „pomagającym” ważniejsze niż zrobienie mi miejsca na to, bym czuła to, co czuję. Tak długo, jak społeczeństwo nie będzie robiło miejsca na odczuwanie i wyrażanie tego co czujemy, tak długo będziemy „walczyć z depresją”. 

***
W cyklu „Pochwała receptywności” piszę dużo o znaczeniu odczuwania, które jest nie mniej ważnym źródłem informacji niż analizujący fakty intelekt. Czucie, czyli zarówno nasze emocje, jak informacje czuciowe pochodzące od naszego ciała (receptywność) dają nam wgląd w to, czego umysł nie widzi: w nasze wnętrze. Dzięki nim możemy się dowiedzieć czego potrzebujemy, co jest dla nas dobre, a co nie, jak się czujemy w danym otoczeniu i w kontakcie z konkretnym człowiekiem. Uwzględnienie tych informacji jest kluczowe, jeżeli chcemy czuć się dobrze i podejmować decyzje, które nie będą dla nas nadużyciem. Intelekt zbierając informacje przez najczęściej używane zmysły, czyli wzrok i słuch, i analizując je dodaje informacje ze świata, również ważne, lecz często przeceniane przy podejmowaniu decyzji. Potrzebujemy połączenia, równowagi pomiędzy czuciem a myśleniem, uznania zarówno dla rzeczywistości zewnętrznej, jak i wewnętrznej.

Otworzenie się na pełne odczuwanie oferuje jednak dużo więcej niż dostęp do informacji „z wewnątrz” - daje głębokie poczucie sensu życia i szczęśliwości tu i teraz. Nawet jeżeli po drodze musimy poczuć to co nieprzyjemne, to tylko przeżycie tego co boli uwolni nas od traum i pozwoli odzyskać radość odczuwania. Receptywność jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, pomysłów, wizji. Jeżeli czujesz się wypalony/a, nie wiesz co robić w życiu, nie masz na nic ochoty, nie widzisz głębszego sensu… to wszystko najprawdopodobniej oznacza, że niewiele czasu poświęcasz na odczuwanie.

***

Ok, piszę to wszystko, by wyjaśnić moją perspektywę, ale jak to się ma do depresji?? Ci z was, którzy znają osoby depresyjne, mogą pomyśleć, że to co piszę to bzdura, bo te osoby „nic nie robią tylko przeżywają”. Jeżeli sam/a masz doświadczenia depresyjne, również możesz pomyśleć, że lepiej już nic nie czuć. Łatwo jednak pomylić depresyjność z odczuwaniem. Istotą depresyjności nie jest to, że czujesz np. smutek, ale to, że zaczynasz sobie tłumaczyć to, co się z Tobą dzieje i że wpadasz w pętlę negatywnych myśli: „Jestem beznadziejny, nic nie potrafię, zawsze to samo, nigdy nic dobrego mnie nie spotka...” I tak dalej, i tak dalej… Każdy pewnie nie raz doświadczył tego mechanizmu, który zaczyna się od pozornie błahego lecz przykrego dla nas wydarzenia. Pojawiają się związane z nim emocje i natychmiast uruchamia się ciąg negatywnych myśli o sobie i życiu, które skończyć się mogą nawet na pragnieniu śmierci. Osoby z depresją doszły w tym tak daleko, że często już nie pamiętają, gdzie to się zaczęło, poczucie niemocy ogarnia wszystko, nie ma już uczuć a i myśli coraz mniej. To wszystko jednak wypływa z umysłu!

Zajmując się „dokopywaniem sobie” często uciekamy od emocji, które się w nas pojawiły i zamiast je w pełni poczuć zatapiamy się w czarną chmurę beznadziei, która tak naprawdę jest zasłoną dymną. Im bardziej nas boli, tym więcej czarnej chmury beznadziei potrzebujemy by nic nie czuć. I paradoksalnie cali jesteśmy w czuciu beznadziei. Tyle, że ona – jak się jej głębiej przyjrzeć – nie ma treści. Jest emocjonalnie pusta. A jednocześnie wciąga jak ruchome piaski… Dlatego jedyne co można zrobić, by wyjść z tego stanu, to zatrzymać umysł, a przynajmniej przestać się koncentrować na tym, co z siebie wypluwa i wejść w czyste odczuwanie ciała i emocji. Pełne przeżycie tego co nas zraniło jest oczyszczające, łzy i krzyk są oczyszczeniem. 



***
To co napisałam, pochodzi z moich doświadczeń. Wiele lat temu przeszłam przez depresję i w ciągu ostatnich lat niejednokrotnie łapałam się na wchodzeniu w depresyjny wzorzec myślowy, który uruchamiał się przy pierwszym lepszym niepowodzeniu, krytyce czy trudniejszych emocjach. Gdy pojawia mi się to myślenie, przyglądam mu się, ale już w nie nie wierzę. Traktuję je jak część siebie, która próbuje przejąć kontrolę – moje pragnienie śmierci. Wiem, że pragnienie śmierci jest tak naprawdę pragnieniem głębokiej zmiany, które blokujemy tak, że możemy je zobaczyć tylko w skrajnej formie. Czasem łatwiej nam wyobrazić sobie "rozwiązanie ostateczne" niż siebie mówiącego bliskim: nic więcej dla Was nie zrobię, chcę robić swoje! Szamani natomiast widzą w chorobach psychicznych proces narodzin Uzdrowiciela. Nawet jeżeli dotyczy to bardziej tego, co zachodnia kultura nazywa „psychozami”, to każda choroba jest wezwaniem do samouzdrowienia, do przywrócenia równowagi w naszym życiu. Kiedy nie przyjmujemy informacji jakie płyną z naszego ciała, z serca, a czasem z czucia rozszerzonego na to co nas otacza i na cały świat (zwanego czasem intuicją, współodczuwaniem, czasem wizjami lub halucynacjami, czasem jeszcze inaczej) zamykamy się na to, co jest naszym uzdrowieniem.

Mocny i wciągający przykład na to, jak odcięcie od uczuć i popadnięcie w depresję wygląda w życiu, znajdziesz w komiksowej formie tutaj. Poza grozą bycia osobą w depresji wśród „osób, które czują” pokazuje on drogę uzdrowienia poprzez uwolnienie emocji i zresetowanie umysłu, nawet jeżeli pozornie nie ma to żadnego sensu. 

Na koniec - depresja, to stan zamrożenia, w którym zwyczajnie nie mamy dostępu do pełni naszych zasobów, szczególnie tych intelektualnych, do energii, motywacji etc.  Dlatego poradzenie sobie z nią samodzielnie jest często zbyt trudne. Jeśli tak jest to szukanie rozwiązań na własną rękę, zwłaszcza alternatywnych, może okazać się zbyt ryzykowne - zwyczajnie trudno nam zauważyć kiedy nadużywamy siebie i kiedy ktoś inny nas nadużywa.  Dlatego warto skorzystać ze wsparcia profesjonalistów: psychoterapeutów, psychiatrów, osób które mają wiedzę i doświadczenie w tym bardzo delikatnym temacie. Spotkanie z tym co ukrywa się pod "chmurą beznadziei" jest dużo łatwiejsze, gdy ktoś przy nas jest i nas wspiera, dlatego warto poszukać kogoś przy kim czujemy się bezpiecznie i kto nas przez tą drogę poprowadzi.  



Tekst niemal antyczny dla mnie, choć myślę, że nadal wartościowy. Już prawie nie pamiętam jak to było doświadczać tych destrukcyjnych wzorców myślowych, tych pętli samokrytyki, tej nienawiści do siebie... Można z tego wyjść, można o tym zapomnieć, można obejmować siebie z czułością i zrozumieniem niezależnie od tego jak bardzo w czymś daliśmy ciała. Im częściej świadomie zmieniamy samo-odrzucenie we współczucie dla siebie, tym bardziej nam to wchodzi w krew i w pewnym momencie już nawet nie musimy o tym pamiętać. Tego życzę wszystkim co przez to przechodzą <3 



O depresji i powiązanych tematach pisałam też:
  • O autodestrukcji i pragnieniu śmierci - tutaj
  • Co astrologia może zaoferować osobom w depresji? - tutaj
  • wiersz o przechodzeniu przez Ciemność - tutaj
  • O znaczeniu tego, w jaki sposób mówimy do samych siebie, czyli trochę o mojej ścieżce wychodzenia z dokopywania sobie, przeczytacie w tekście "Jak być pewnym siebie i nie zwariować?"


Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.

 Przeczytaj  tekst o zasadach kopiowania, zanim wykorzystasz ten materiał.

środa, 15 stycznia 2014

Znaczenie pełni i nowiu Księżyca


co oznacza pełnia i nów księżyca


Księżyc wpływa na życie na Ziemi na wiele sposobów. Stabilizuje obrót Ziemi zapobiegając w ten sposób chaotycznym zmianom pogody, zmienia pole magnetyczne Ziemi oddziaływując na funkcjonowanie organizmów, wpływa na krążenie soków w roślinach. Każdy z Was na pewno wie, że ma wpływ na przypływy mórz i oceanów. A co z nami? Przecież my też składamy się z ok. 70% z wody. Czy to możliwe by to co wpływa zarówno na wielkie oceany, jak i na małe kwiatki było dla nas obojętne? Statystyki a także codzienne doświadczenie temu przeczą. Podczas pełni jesteśmy pobudzeni, mamy trudności ze snem, zdarza się więcej wypadków drogowych, ataków serca, częściej wzywane jest pogotowie, dochodzi do nasilenia zaburzeń psychicznych i nerwowych oraz do przestępstw w afekcie. Przypływ energii w czasie pełni wyraża się także poprzez wzrost liczby porodów, a także… większe rachunki za telefon. Podczas nowiu przeciwnie: jesteśmy ospali, szybciej się męczymy i jesteśmy bardziej introwertyczni. Dlaczego tak się dzieje? Naukowcy nie znają odpowiedzi. A jednak od tysiącleci ludzie potrafili żyć w zgodzie z rytmami natury.

magia księżyca

Księżyc jest symbolem zmienności i cykliczności w życiu człowieka, umierania i odradzania się, naprzemiennych okresów wzrostu i odpoczynku. Już dawno temu zauważono pokrewieństwo jego cyklu, z cyklem menstruacyjnym kobiet. Dziś może nam się wydawać, że to przypadkowe podobieństwo, kiedyś jednak kiedy kobiety żyły w zgodzie z naturą to właśnie nów księżyca wyznaczał im czas okresu, a pełnia zbiegała się z czasem płodności. Stąd też wiadomo było, że księżyc rządzi tym co określano jako kobiece: macierzyństwem, emocjami, cielesnością i receptywnością.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Piotr Jör Grabowski - Orgazm energetyczny, czym jest i jak można go doświadczyć?



orgazm energetyczny photo by Bruno Dayan



Orgazm energetyczny, zwany też ekstazą, to wyraźnie odczuwalny, mocny ruch w ciele, doświadczenie fizyczne ogromnej przyjemności, czasem połączonej z bólem, które dla większości ludzi dostępne jest na krótką chwilę w sytuacji seksu i orgazmu fizycznego. Zazwyczaj orgazm fizjologiczny jest jedynie mikro zapowiedzią tego, co może wydarzyć się podczas orgazmu energetycznego. Z reguły jest to doświadczenie, które wychodzi z okolicy miednicy, ze sfery genitalnej i przechodzi przez całe ciało w górę doprowadzając do charakterystycznych ruchów, które niektórzy mogą znać właśnie z orgazmu fizycznego. Często manifestuje się to szarpnięciem ciała, mimowolnym odrzuceniem głowy w tył i wydawaniem różnych niecodziennych dźwięków. Czasami jednak ta fala ekstatyczna płynie z innego miejsca, na przykład z serca i rozprasza się po całym ciele. O ile sam ruch tej energii jest z reguły z dołu do góry, to istotnym doświadczeniem ekstatycznym jest napełnianie się, rozgaszczanie się w tym doświadczeniu całym ciałem. Czyli niestymulacyjne odczuwanie przyjemności w każdym zakamarku ciała. Z tej perspektywy tak naprawdę gdziekolwiek skierujemy swoją uwagę i zaczniemy pracować nad otwieraniem przyjemności a potem ekstazy w ciele, jesteśmy w stanie poczuć ją tam gdzie chcemy. I tak, doświadczenie ekstatyczne uzależnione jest niemal wyłącznie od naszej otwartości, od zgody na to by przepuścić przez swoje ciało bez wstydu i zahamowań energię seksualną, a w drugiej kolejności od umiejętności otwierania się na to
doświadczenie, czyli prostych sposobów na rozbudzenie energii seksualnej w ciele i zanurzenie się w odczuwaniu jej.

poniedziałek, 30 września 2013

Tyrania odkładania gratyfikacji, czyli gdy robimy wszystko po coś



Umiejętność odkładania gratyfikacji była ważnym osiągnięciem w naszym rozwoju. Robię coś po to żeby uzyskać coś innego, będę grzeczny to dostanę nagrodę, będę pracować to dostanę pieniądze… Cała nasza kultura zwana „konsumpcyjną” jest oparta na odkładaniu gratyfikacji. Zarówno „praca” jak i „nagroda” stały się rytuałami, w których nie pytamy się o sens. Cokolwiek robię, robię „po coś”. A z drugiej strony, jak już tyle pracuję, to coś z tego muszę mieć! Ciastko, sukienkę, nowy telewizor. Nagrody są też rytualne, a do tego podlane sosem „za to wszystko mi się należy” oraz później „czy naprawdę było warto?”. Radość więc jest umiarkowana. Nie ma to nic wspólnego z dziecięcą radością, nieodkładaną na później i przeżywaną w pełni.

Wszystko robimy po coś, wszystko ma czemuś służyć… nawet odpoczynek jest po to by się zregenerować
przed dalszą pracą, oglądanie telewizji jest po to, by się „odmóżdżyć” a wyjście na piwo – by się odstresować. Szukanie powodów i celów każdej czynności stało się nawykiem. Dlaczego musimy się sami przed sobą tłumaczyć, gdy robimy coś na co mamy ochotę? Dziecko bawi się zupełnie bez powodu. Dziecko biega, choć nie ma to najmniejszego sensu. Dziecko wręcz kipi szczęściem i nie chce zrozumieć gdy mu mówimy „pobawisz się później, teraz trzeba….”. Ono wie, że ta jedyna chwila nie wróci. My tego nie wiemy, odkładamy życie na później, a przyjemność ma być po obowiązkach. Jak mało przewidujący jesteśmy w tym naszym wszechobecnym planowaniu! Przecież zazwyczaj, gdy już uporamy się z obowiązkami, nie mamy ochoty na nic i nawet odpoczynek jest umiarkowaną przyjemnością…. Po prostu nie wiele już czujemy. A zresztą zawsze pojawiają się nowe obowiązki, one nigdy się nie kończą. Myślenie z perspektywy celów ciągle stawia przed nami nowe zadania. Nawet gdy już zarobię na życie i ogarnę dom, to jeszcze powinienem się rozwijać, podnosić kompetencje, obcować ze sztuką, wypoczywać aktywnie…. Dziecko robi to wszystko mimochodem: rozwija się, zachwyca, szaleje. My sobie z tej frajdy robimy kolejne obowiązki. Po co? Stop! To to myślenie nas tu doprowadziło! Z łatwością wynajdziemy szereg powodów i przyczyn. Tylko co jest alternatywą?

Spontaniczność dziecka, nad którymś ktoś czuwa? Słynne bycie „tu i teraz”, które samo staje się celem, nieosiągalnym tak jakbyśmy mówili o „na księżycu w przyszłym tysiącleciu”? Owszem „tu i teraz” jest dobrą odpowiedzią na „kiedyś tam, po studiach, na emeryturze….”, ale tak mocno jesteśmy w planowaniu, że nie bardzo wiadomo jak się do tego zabrać. Gdy przestajemy biegać w kółko za kolejnymi celami, natychmiast pojawia się wyrzut sumienia, że nic „sensownego” nie robię, że „tracę czas”. Tu potrzeba zmiany myślenia, albo nawet zostawienia myślenia na boku i powrotu do ciała, gdzie wszystko jest w naturalny sposób tu i teraz. W ciele, gdzie emocje pojawiają się i mijają, gdzie właśnie w tej chwili doświadczam wrażeń zmysłowych i gdzie w każdej chwili dostępna jest przyjemność. Taka chwila zatrzymania, posłuchania swojego ciała oraz swojego serca (jakby to górnolotnie nie brzmiało serce mówi do nas ciągle, tylko często nie mamy czasu go słuchać...) może sprawić, że przypomnimy sobie kim jesteśmy i o co nam w życiu chodzi. W części I tego cyklu piszę o tym, że kontakt z tym co czujemy jest źródłem kreatywności i poczucia sensu życia, których nie dadzą nam żadne osiągnięcia. Wsłuchanie się w ciało może nam pokazać, co jest dla nas niedobre i z czym musimy skończyć, oraz czego właśnie teraz potrzebujemy i co sprawiłoby nam radość. Tylko zróbmy to wtedy od razu, bo znów się przerodzi w "muszę dziś dokończyć projekt, bo przecież jutro miałam się wyspać". ;)

P.S. Żeby było jasne odkładanie gratyfikacji i planowanie są bardzo potrzebne w życiu, po to by móc samodzielnie przetrwać w świecie, gdzie jedzenie nie spada samo z nieba… Spontaniczne Dziecko musi być wspierane przez rozsądnego Dorosłego. Tekst ten opowiada o sytuacji nierównowagi, gdy na nasze wewnętrzne Dziecko nie mamy miejsca, a pytanie „po co?” zabija każdą przyjemność. Aż do momentu, gdy sytuacja się odwraca i uciskane Dziecko przejmuje kontrolę. 

Inspiracja  Essential Being



Z cyklu "Pochwała receptywności" zobacz także:
Polecam także video Piotra Grabowskiego O receptywności i uwadze czuciowej

 Przeczytaj  tekst o zasadach kopiowania, zanim wykorzystasz ten materiał.

niedziela, 21 lipca 2013

Pochwała receptywności cz.I - Tantra czyli zmiana perspektywy








Gdy ktoś kto jest „w” tantrze ma opowiedzieć komuś „poza” o co w tym wszystkim chodzi, pojawiają się typowe problemy znane z komunikacji międzykulturowej. To co jest wartością dla tantryków zupełnie nie znajduje zrozumienia w świecie zewnętrznym. Dla typowego reprezentanta nastawionej na osiągnięcia kultury Zachodu opowieści o bliskości, odczuciach, doświadczeniach mistycznych to takie niewiele znaczące lanie wody, a interesujące jest tyko to co i jak się robi. No i oczywiście po co? Co mi to daje? Kiedy sprowadza się tantrę do technik i informacji o tym jak wydłużyć erekcję czy uzyskać kobiecą ejakulację, to tak jakby sprowadzać miłość do produkcji hormonów. Gorzej. Nastawienie na techniki i efekty w rzeczywistości uniemożliwia poznanie czym jest tantra. Tantra pojawia się wtedy gdy nie ma oczekiwań i jest otwartość na doświadczenie. Istota tantry bowiem jest mocno powiązana z receptywnością czyli z aspektem yin. Nie piszę, że równoważna, bo i tu znajdziemy aspekt yang – w końcu na równoważeniu pierwiastka męskiego i żeńskiego zazwyczaj opiera się ideę tantry! Jednak gdy żyjemy w świecie tak mocno nastawionym na aspekt działania i wypierającym odczuwanie, dotknięcie tego czym jest tantra wymaga odkrycia przestrzeni receptywności, która jest wspierana przez aspekt yang, ale mu nie służy. Receptywność nie jest po coś. Choć oczywiście możemy mnożyć korzyści z rozwijania jej. Patrząc na świat z perspektywy yin wyzbywamy się ambicji i pragnień i odkrywamy, że to co jest tu i teraz jest fascynującym doświadczeniem. Przestajemy oceniać. Zanurzamy się w byciu, odkrywamy przyjemność, radość, miłość… nie „wypracowujemy” je, ale odkrywamy. Odkrywamy też to co bolesne, traumy i wspomnienia, które najczęściej są prawdziwą przyczyną odrzucania receptywności. Z perspektywy yang te wspomnienia niczemu nie służą, są złe. Nawet jeżeli już wiem, że pomijanie ich nie sprawi, że same znikną, to będę szukać technik by się ich pozbyć, „przepracować”, a w efekcie osiągnąć jakieś swoje cele. Z perspektywy yin po prostu je przyjmujemy, pozwalamy się im ponieść i nie oceniamy tego. Paradoksem jest to, że ta „technika” jest dużo skuteczniejsza niż jakiekolwiek działanie. Tu nie działamy. Dajemy sobie przestrzeń na doświadczanie. Ci co tego doświadczyli wiedzą jakie to piękne i ważne. Choć na chwilę uwalniamy się od świata pośpiechu, osiągnięć i masek, które są niezbędne by w tym świecie przetrwać. I nagle się okazuje, że wszystko to czego NAPRAWDĘ pragnęliśmy jest na wyciągnięcie dłoni. A nawet lepiej, bo nie trzeba wyciągać dłoni by sięgnąć wgłąb siebie. Kto doświadczył ten wie, a dla innych to nadal pozostaną puste frazesy.
 



 Z cyklu "Pochwała receptywności" zobacz także:



Polecam też inspirujące video eksperta od receptywności - Piotra Grabowskiego  "O receptywności i uwadze czuciowej" oraz jego medytację receptywności (przystępny opis, jak samemu przeprowadzić medytację)

cover photo by Tyler Shields 

Przeczytaj  tekst o zasadach kopiowania, zanim wykorzystasz ten materiał.