Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Czerwony Kapturek - powrót do dzikości i do połączenia

grafika: Piotr Jör Grabowski



Czerwony Kapturek – o tej baśni napisano już bardzo dużo i porywali się na nią najznakomitsi psychoanalitycy. Dużo więc było o seksie ;) Ważny wątek czerwieni jako dziewczęcej menstruacji też już został opisany w tę i nazad. Chciałabym opisać to co nam się odsłoniło, gdy wraz z Piotrem Jör Grabowskim pochylaliśmy się nad tym tematem. Owszem będzie o seksie, ale jeszcze więcej o traumach rodzinnych i patriarchacie. 

Na poziomie uzgodnionej rzeczywistości Wilk reprezentuje dziką męską stronę, a Czerwony Kapturek niewinną kobiecą, dziewczęcą. Oczywiście to nie jest tak, że dzikość przynależy tylko do męskości, a niewinność do kobiecości i w moim odczycie ta bajka ukazuje drogę do integracji elementów przypisanych stereotypowo przeciwnej płci.

Można na nią patrzeć z dwóch kluczowych perspektyw: z perspektywy kobiecości, reprezentowanej przez Kapturka i z perspektywy męskości, reprezentowanej przez Wilka. Są to wtedy dwie całkiem różne, choć splecione ze sobą opowieści. 

Opowieść kobieca jest o tym jak niewinna dziewczęca kobiecość spotyka swoją dziką i seksualną stronę w postaci „groźnego” Wilka – istoty wyraźnie spoza naszej cywilizacji i norm. Jednocześnie Wilk reprezentuje tutaj również Kochanka, tego który jest jednocześnie pożądany i niebezpieczny (bo nie wiadomo co z tego wyniknie... wchodzimy przecież na nieznane terytorium). Stąd dziewczę pozwala sobie na flirt, daje na siebie namiary, ale też zachowuje pozory. Wilk jako mężczyzna i jako własna kobieca seksualność został zobaczony, ale nie został przyjęty – najpierw musi iść do Babci. Dlaczego do Babci? Kryje się w tym dla mnie clue tej opowieści. Kobieta zanim spotka się z mężczyzną musi odwiedzić swoją Babcię, czyli spotkać się z kobietami z rodu. Po co? Gdy Czerwony Kapturek przychodzi do Babci zauważa w niej coś niepokojącego. Niby wygląda jak Babcia, ale coś jest nie tak – Babcia została pożarta i zastąpiona przez Wilka. Wilk i tutaj reprezentuje dziką i niebezpieczną męskość, ale tą która w przeszłości zagrażała i raniła kobiety. „Zjedzona” Babcia to te kobiety z naszego rodu, które doświadczyły prawdziwych traum w relacjach z mężczyznami, które doświadczyły destrukcyjnej strony ich dzikiej mocy. Babcia więc nie jest sobą, bo mówi przez nią historia zranienia, przemocy i lęku (wielkie oczy, wielkie zęby...). To jest ta historia, którą dziewczyna dorastając do związku z mężczyzną musi najpierw zobaczyć, rozpoznać, a potem zintegrować. Spotkać się z demonami – wilkami naszych przodkiń, oraz z tym co powoduje, że one i własną seksualność mogły zamknąć w klatce i przestrzegać przed nią kolejne młode kobiety, jak matka CK przestrzegała ją przed Wilkiem.

Zostawmy tą stronę historii w dramatycznym momencie, gdy rozpoznany Wilk rzuca się na Kapturka by go pożreć, lub też (w naszej wersji historii) sam Kapturek pozwala się pożreć by zintegrować w sobie historię i spotkać z prawdziwą Babcią w jaskini ciemności ;) i spójrzmy na męską stronę opowieści.

Mężczyzna – Wilk, pragnący spotkania z kobietą również udaje się do Babci. Na poziomie baśni nigdy nie było to bardzo jasne: jeśli i tak chce się rzucić na niewinną CK, to czemu nie od razu przy pierwszym spotkaniu? Lub czemu nie idzie za nią i nie atakuje jej gdzieś w krzakach znienacka? Po co ta cała maskarada z Babcią? Moja odpowiedź jest taka, że on wcale nie udaje się do babci dziewczynki... a do swojej własnej. Tak jak młoda kobieta przed połączeniem z mężczyzną potrzebuje spotkać się z traumami swoich przodkiń związanymi z mężczyznami, tak i mężczyzna przed połączeniem z kobietą potrzebuje spotkać się z doświadczeniami swoich przodkiń... tych, które często padały ofiarami męskich wilków. Zjedzenie Babci i przebranie za nią ma więc tu wymiar niezwykle symboliczny... Wilk dosłownie zakładając babcine okulary przyjmuje jej perspektywę. Jest to zgoda na to by przyjąć doświadczenie kobiet, zobaczyć to co one widziały, dostrzec tą często wypieraną „kobiecą” stronę historii by móc połączyć się z kobietą już nie z miejsca oprawcy, nie jako aktor odgrywający wciąż tą samą rolę przekazywaną z pokolenia na pokolenie, a jako mężczyzna zintegrowany z własną kobieca stroną i z przekazem swoich babek.

I tutaj następuje w baśni spotkanie „oświeconego” Wilka z „oświeconym” Czerwonym Kapturkiem. Ona go dostrzega zrzucając z niego maski swoich przodków, a on wychodzi do niej spod warstw przeszłości, w której tkwił tak długo, jak długo nie chciał jej przyjąć. I następuje to na co wszyscy czytelnicy czekali, czyli konsumpcja seksualna ;) Ale nie taka tam, że on ją zniewala, a ona się poddaje... oboje uwalniają swą dzikość, seksualność i niewinność jednocześnie. W tym spotkaniu, kiedy ona jego rozpoznaje, a on poddaje się jej rozpoznaniu oboje stali się równymi partnerami, tak samo świadomymi i równymi zarówno w pożądliwości, jak i w odpowiedzialności za swoje czyny... i byłby happy end, wszyscy zintegrowani ze swoją przeszłością i ze sobą... gdyby nie... no właśnie wkroczenie Myśliwego! 

Myśliwy bezpardonowo wkracza w tą sytuację, reprezentuje bowiem prawo, zasady, które mówią kto, kiedy, z kim i jak... innymi słowy reprezentuje patriarchat. Wilk ze swoją nieokiełznaną dzikością i pożądliwością jest tu persona non grata podobnie jak kobieta będąca mu partnerką a nie ofiarą. Nóż Myśliwego rozcina więc tą unię, tworząc za jednym cięciem cały trójkąt dramatyczny – kata, ofiarę, oraz siebie jako ratownika. Jest to układ, który będzie hołubiony przez patriarchat do dziś w niezliczonych książkach, filmach, a nawet reklamach. Ona bezwolna ofiara i ich dwóch – ten zły i ten dobry, który ją od złego ratuje. A ratując rozdziela. Nie tylko oddziela kobietę od jej własnej mocy i możliwości samostanowienia, oraz od jej dzikiej seksualności, ale też rozdziela ją z jej Babcią, siłą wyciąga z tej jaskini cienia, w której mogły się porozumieć i wzajemnie uzdrowić. Odtąd kobiety mają milczeć o swoich krzywdach i bólu do swoich córek i wnuczek, które wysyłać będą „na żonę” do zwycięskich Myśliwych udając, że to najlepsze co może je spotkać. Myśliwy też oddziela Wilka – reprezentującego współczesnych mężczyzn - zarówno od swojej dzikości, czyniąc z niego poddanego swojej mocy, ale też od połączenia z jego własnymi przodkiniami. Odtąd ich ból i zranienia ze strony mężczyzn mają być dla niego niewidoczne, a zakładanie kobiecych okularów i inne takie „przebieranki” śmieszne. Kobiecość zostaje oddzielona od męskości tak jakby nie było nic co łączy. To co męskie w kobiecie i to co kobiece w mężczyźnie zostaje zakazane. Myśliwy jest tutaj figurą władzy, który jak będzie chciał to weźmie sobie Czerwonego Kapturka za żonę, która z tego powodu będzie musiała być uszczęśliwiona. I pewnie jako żona już nie będzie mogła chodzić po lesie sama w czerwonym płaszczu niczym wielkiej jaskrawej płachcie na wilki ;) 

Końcówka wydaje się być smutna, ratuje nas jednak to, że opowieści żyją i zmieniają się wraz ze świadomością ludzi. Możliwe, że kiedyś ta bajka kończyła się „pożarciem”, a Myśliwy pojawił się w niej później by zaprowadzić (nowy) porządek. Być może możemy mu teraz podziękować za troskę, zwłaszcza jeśli pojednamy się z naszą dziką stroną, z seksualnością i zobaczymy, że nie potrzebujemy tu nikogo, kto by nas strzegł. A może dopiszemy dalsze rozdziały, np o tym jak Myśliwy porzuca rolę Ratownika i rusza w podróż by spotkać się ze swoją Babcią, a może i Dziadkiem? Ratownicy ratując, często tak naprawdę nie wprost wołają o miłość, na którą próbują swoimi bohaterskimi czynami „zasłużyć”. Może Myśliwy spotykając Dziadka, odkryłby w nim (i w sobie) tego chłopca co kochał i pragnął miłości, zanim z lęku czy konieczności sięgnął po broń, zbroję odcinającą od ciała i uczuć. Może odkryłby, że to co ma go chronić i utwierdzać jego pozycję, tak naprawdę go obciąża i więzi. Może też zrozumiałby, że Wilk, którego zdusił w sobie, stał się jego Demonem, agresją i uprzedmiotawiającą seksualnością i że może wrócić do źródeł swej męskiej siły tylko poprzez ponowne spotkanie z Wilkiem w sobie. Tym, który wyje do Księżyca z głębi swoich trzewi, który zna drogę przez ciemny las i drogę do serca kobiety, która wiedzie przez własne otwarte serce.


 
Tekst ten nie powstałby, gdyby nie rozmowa z prawdziwie zintegrowanym Wilkiem ;) Piotr, który  pracuje z mężczyznami i z męską seksualnością, między innymi prowadząc Wspólnotę Mężczyzn i warsztaty Mężczyzna Ekstatyczny (zainteresowani znajdą info tutaj), eksplorował na wiele sposobów ten temat już wcześniej, muzycznie wyraził go chwilę przed naszą rozmową poprzez utwór Running Wolf co było bezpośrednią inspiracją, zaś słowami po części w tym tekście
 


piątek, 28 lutego 2020

Konsumpcjonizm w naszych głowach



Plastikowe siatki, podobnie jak słomki stały się pewnym eko-fetyszem. Czymś względnie prostym do redukcji, a jednocześnie bardzo widocznym, za co możemy łoić naszych nie tak bardzo "eko" znajomych (a częściej nie-znajomych na fb czy insta ;) ). Jasne śmieci jest za dużo i ograniczanie zużycia plastiku jest bardzo ważne, ale nie wystarczające. Pomijając ogrom rzeczy, które trzeba zrobić na poziomie rządowym (czytaj: wybory!) oraz globalnym, do nas należy zmiana dużo poważniejsza niż tylko ograniczenie foliówek, czy nawet zmiana diety (skądinąd bardzo potrzebna). Chodzi o zmianę świadomości i o odrzucenie myślenia konsumpcyjnego. Dla tych co lubią życie w świecie spisków i „Onych”: tak mówię o tym co złe korporacje pracowicie nam wbijają do głowy by zwiększyć własne zyski. Dla tych, którzy wolą dostrzegać własną odpowiedzialność za swoje zachowanie i nie potrzebują żadnych złowieszczych „Onych”, na których można zwalić winę: czas przestać być rozkapryszonym dzieciakiem w supermarkecie świata, który ciągle tylko wymyśla czego jeszcze chce i nie liczy się z kosztami.


Tak właśnie działamy. Przeglądając fejsa wpadamy na reklamę jakiegoś ciucha, który nam się podoba – ja chcę! Reklama fajnego samochodu – ja chcę! Wyjazd w ciekawe miejsce – ja chcę! Promocja na jakieś zabawne gadżety – ja chcę! Wydaje nam się, że jesteśmy dorośli, bo sami płacimy swoje rachunki, więc jeżeli nas stać na te kolejne ciuchy, kosmetyki, zabaweczki, rozrywki to ok. Jak nie to polujemy na promocje i łapiemy się na przyjemność „polowania” kupując to co tanie choć nawet nie budzi w nas samo w sobie większego „ja chcę!”. W każdym razie kupujemy coś nieustająco, rzeczy drobne, rzeczy przecenione, rzeczy luksusowe, rzeczy częściowo potrzebne i rzeczy całkiem niepotrzebne. Korporacje oczywiście korzystają z naszej niedojrzałości podsuwając nam niezliczone ilości „okazji” i sprawnie wywołując w nas kolejne „ja chcę!”. Istotą jest jednak to, że tak naprawdę nie potrzebujemy zdecydowanej większości tych rzeczy. I tak zazwyczaj chodzimy w paru ciuchach na krzyż, używamy tylko tych paru kosmetyków, które lubimy, jesteśmy w stanie zjeść tylko określoną ilość pożywienia (a jak nie – to mamy problem) etc. Reszta się zwyczajnie marnuje, w towarzystwie tych wszystkich kompletnie zbędnych i zazwyczaj chińskich gadżetów, które kupiliśmy pod wpływem chwili i tylko nam miejsce zabierają, aż do chwili gdy wylądują na rosnących wysypiskach.


Moim zdaniem najważniejszym krokiem dla nas, tzw. konsumentów jest wyjście z myślenia, że skoro pojawia się coś czego chcę i stać mnie na to, to kupuję. Takie dziecinne myślenie doprowadziło nas do miejsca, gdzie nie tylko toniemy jako ludzkość w śmieciach, ale też marnujemy ogromne ilości zasobów na produkcję i transport rzeczy, typu zabawna figurka czy gadżeciarski kubek, sukieneczka, którą założę raz, coraz to nowy model telewizora lub samochodu podczas gdy poprzedni wciąż jest na chodzie, czy też tony przecenionego żarcia, którego nie damy rady zjeść. Musimy w końcu dorosnąć, zobaczyć, że koszty są nie tylko po naszej stronie i zacząć zadawać sobie pytanie o to czy faktycznie potrzebujemy każdej kolejnej rzeczy. A także nauczyć się jak cieszyć się życiem bez „nagradzania się” kolejnymi zakupami, przyjemnostkami za pieniądze. Odrzucić slogany, że kupuję bo „jestem tego warta”, bo „stać mnie”, bo „zasłużyłam sobie”, czy bo „muszę się jakoś pocieszyć”. Dawno już stwierdzono, że zakupy jako gratyfikacja czy pociecha działają wręcz absurdalnie krótko, jeśli w ogóle, na nasze poczucie szczęścia (szybki zastrzyk dopaminy, który się kończy, gdy już mamy rzecz w kieszeni). Zazwyczaj jest to po prostu kolejne uzależnienie, takie które zazwyczaj nie grozi nam degradacją społeczną, o ile kupujemy rzeczy w miarę w granicach naszych możliwości, nie zadłużając się przesadnie. Ale jednocześnie grozi degradacją całej planety jak żadne inne nasze ludzkie uzależnienie. Dlatego nie wystarczy, że będziemy kontynuować nasze zakupowe haule i drobne „przyjemnostki” pamiętając by kupować w miarę możliwości rzeczy z napisem „eko” oraz pakować je do wielorazowych siatek. Potrzebujemy przestać kupować to wszystko czego nie potrzebujemy. Potrzebujemy wypracować sobie obojętność na otaczające nas pokusy i zobaczyć czego naprawdę potrzebujemy do szczęścia a co jest tylko ersatzem. Potrzebujemy nauczyć się cieszyć się życiem bez kupowania czegokolwiek. Codziennością, obecnością bliskich, pięknem przyrody (póki jest!), pięknem muzyki itp.. Potrzebujemy dorosnąć, wyjść z roli dzieciaka w supermarkecie pełnym rzeczy do kupienia i znaleźć inny styl życia, w którym ważniejsze jest cieszenie się tym co mamy niż pomnażanie posiadania, czy kupowanie nowych wrażeń. A może wystarczy po prostu odkryć go na nowo?



Szerzej na temat globalnego konsumpcyjnego świata, mechanizmów jakie nas doprowadziły do miejsca, gdzie sztucznie generowane pragnienia są ważniejsze od naszych potrzeb i jakie to wszystko niesie ze sobą koszty dla środowiska mówi Kaja w filmiku z kanału Globstory. Polecam :)  


niedziela, 4 listopada 2018

Dlaczego tak trudno nam się czasem porozumieć?

photo: Andreas Franke


Nasze różnice poglądów nie wynikają z tego, że inaczej myślimy a z tego, że na inne sprawy jesteśmy wyczuleni. Sposób myślenia to coś co może się łatwo zmienić, a w każdym razie mogłoby gdyby nie nasze wyczulenia ;) A owe wyczulenia to nic innego, jak tylko dbanie o jakiś kawałek rzeczywistości, dążenie do zmniejszenia jakiejś formy przemocy czy niesprawiedliwości, co robimy często nie zważając na to na co inni są wyczuleni. Dotykamy cudzych wyczuleń nawet o tym nie wiedząc, a oni dotykają naszych również bez intencji, bo po prostu jesteśmy rzecznikami innych spraw. Jeśli atakujemy siebie wzajemnie nigdy nie dowiemy się tego na co wyczulona jest druga osoba i nie przekażemy też tego na co sami jesteśmy wyczuleni.


Jeśli przykładowo jestem wyczulona na kwestię molestowania wobec kobiet łatwo mogę dotknąć tych co są wyczuleni na temat oskarżania mężczyzn o wszystkie nieszczęścia świata. I wcale nie dlatego, że to jest moją intencją, tak jak niekoniecznie intencją drugiej strony jest dezawuowanie nadużyć wobec kobiet.

Kiedy widzimy cudze wyczulenia, otwiera się przestrzeń nie tylko do tego by wzajemnie siebie zrozumieć, ale też by zobaczyć, że ostatecznie nie chodzi o to kto ma rację, a o to by słów używać do tworzenia, inspirowania i wspierania, a nie do niszczenia i poniżania.

środa, 15 sierpnia 2018

Patriarchat w świetle Słońca i Księżyca :)




Zacznę od mojej prywatnej definicji – z pewnością nie ukazującej całej złożoności problemu, ale przydatnej jako punkt wyjścia do tych rozważań. Pomińmy na chwilę więc całą złożoność tematów związanych z władzą, przemocą i strukturą społeczną i skupmy się tylko na relacji między dwoma płciami. W tym obszarze patriarchat opiera się na jednym kluczowym założeniu: między kobietami a mężczyznami są zasadnicze różnice, które sprawiają, że jesteśmy bardziej jak dwa różne gatunki o zupełnie innych możliwościach, potrzebach i zachowaniach, niż jak dwie płcie jednego gatunku. Czyli bardziej jak np. niedźwiedź i łabędź niż jak niedźwiedź i niedźwiedzica lub łabędź i łabędzica ;) Opowieść o tym, że mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus pięknie uwypukla to zakrzywienie poznawcze robiąc nas wzajemnie sobie obcymi kosmitami ;) Z tego wynikają różne zakazy i nakazy dla każdej z płci, role społeczne, a dopiero w ich konsekwencji może się pojawić przekonanie, że któraś z płci jest lepsza lub że ma „naturalne” predyspozycje by rządzić nad drugą. (To nie działa tylko w kierunku kontrolowania kobiet, mężczyźni też bywają dyskryminowani, gdy wkraczają w przestrzeń „kobiecą” jak opieka nad dzieckiem, czy poruszanie się w kuchni, a nawet gdy mówimy o empatii i umiejętnościach relacyjnych. )



Zagadnienie to bardzo ciekawie wygląda z „kosmicznej” perspektywy i na przykładzie rozwoju astrologii możemy prześledzić jak działało na nas patriarchalne myślenie oraz jaka jest dla niego alternatywa.

Jeszcze jakiś wiek temu astrologia była całkowicie patriarchalna. Planety „męskie” w horoskopie kobiety oznaczały jedynie jej partnerów i męża, a „kobiece” u mężczyzny były symbolami kobiet w jego życiu. Stało za tym przekonanie, że np. kobieta nie może sama korzystać z mocy swojego Słońca (aspekt „męski” związany z wyrażaniem siebie w świecie), więc potrzebny jest jej mąż, który tą jakość będzie za nią realizował i odwrotnie mężczyzna nie może sam realizować swojego Księżyca (aspekt „kobiecy” odpowiedzialny za emocje, dbanie o bliskich, gniazdo rodzinne i o relacje) więc potrzebuje żony, która tą sferę obsadzi. Żyliśmy więc w dwóch różnych światach poodcinani od tych kawałków siebie, które w ramach obowiązującego paradygmatu nam nie przystoją. Potem kobiety zaczęły się emancypować, czyli wyrażać swoje jakości słoneczne (i marsowe również). Okazało się, że jak najbardziej mogą robić karierę, być aktywne publicznie i kreatywne. Przestały potrzeby swojego Słońca projektować na mężów, co zdjęło z nich poczucie frustracji, a z mężczyzn odium oczekiwań by działali w świecie za dwoje ;) Trudniej to szło w drugą stronę, ale wcale nie dlatego, że mężczyźni byli mniej pojętni. Po prostu w patriarchacie jakości „męskie” były wysoko cenione w przeciwieństwie do „kobiecych”, więc kobiety miały motywację by sięgać po „męskie” laury, podczas gdy dla mężczyzn zgłębianie „kobiecych” światów emocji, zarządzania domem, czy dbania o relacje nie wiązało się z żadnymi widocznymi profitami, a wręcz przeciwnie.






Dziś jednak coraz częściej mężczyźni odkrywają swój Księżyc i już czas by mogli w pełni skorzytsać z jago potencjałów. By nauczyli się jak czerpać ze świata swoich emocji i odczuć, jak być w rezonansie ze światem, jak korzystać ze swojej intuicji i jak budować satysfakcjonujące emocjonalnie relacje. Wielu już to robi często nie zdając sobie sprawy, że rozwijają swą księżycową stronę. Coraz więcej mówi się o ojcostwie, o wyrażaniu emocji przez mężczyzn, o autentyczności zamiast maski rycerza bez skazy. Księżycowa strona oznacza zgodę na własną zmienność. Na to, że nasza energia i motywacja poruszają się w cyklach i czasem po prostu musimy zregenerować siły. Na to, że możemy nie być „konsekwentni” i silić się na utrzymanie „spójnego wizerunku”, ale że możemy czasem być bardziej tacy, a czasem tacy… i to jest ok. Że nie musimy brnąć w podtrzymywanie chybionej decyzji, czy za wszelką cenę bronić swojej racji, bo przyznawanie się do własnych błędów i wycofywanie z nich jest częścią rozwoju, tak jak czas gdy Księżyc maleje jest częścią jego cyklu niezbędną by znów nastąpił wzrost.

Księżyc dla każdego człowieka, niezależnie od płci jest nauczycielem drogi odczuwania, receptywności, bycia w rezonansie ze światem. Mało się o tych jakościach mówi, bo przez wieki były pomijane jako nieistotne, ale dziś wydają się być jeszcze bardziej potrzebne niż kiedykolwiek, bo mają bezpośredni związek z naszym poczuciem szczęścia w życiu, lub jak to określił Campbell – z poczuciem bycia żywym. Zdolność do pełnego odczuwania i doświadczania naszego połączenia ze światem stanowi odpowiedź na coraz powszechniejsze doświadczenie pustki, odcięcia od życia, świata i samego siebie, oraz na to co nazywamy depresją. Wbrew potocznym przekonaniom to nie jest tak, że jedni to potrafią a inni po prostu nie – można się tego uczyć, rozwijać te umiejętności, otwierać się na nowe sposoby doświadczenia świata i siebie. Każdy z nas ma może odkrywać swój własny sposób doświadczania świata i dzięki temu odkrywać, że życie jest dużo bardziej pełne różnych smaków, barw, ekscytujących wrażeń i poruszających momentów niż dotąd sądziliśmy. Otwierając się na odczuwanie odkrywamy, że doświadczenie intensywności życia nie jest uzależnione od stymulujących aktywności, czy używek, ale jest dostępne zawsze.






Z tej perspektywy wszelkie koncepcje patriarchalne, czy inne zakładające naszą niepełność po prostu odcinają nas od kawałków samych siebie. Tak jak w pojęciu „drugiej połówki” musimy znaleźć kogoś kto zrealizuję tą część nas, do której nie dajemy sobie prawa. Powiedziano nam, że by być kobietą/mężczyzną musimy być jacyś, zachowywać się jakoś, wyglądać odpowiednio… a to oznacza przycinanie siebie do jakiegoś mniej lub bardziej zdefiniowanego wzorca. Tak jakby był jakiś jeden wzorzec, a nie tysiące, miliony przykładów realizacji męskości i kobiecości w kulturach świata, z których możemy (jeśli chcemy) korzystać odkrywając nasz własny jedyny i niepowtarzalny styl :) Powiedziano nam, że na bycie „prawdziwym mężczyzną” trzeba sobie zasłużyć, a by być „prawdziwą kobietą” trzeba odpowiednio wyglądać i się zachowywać. To nieprawda! Rodzimy się jako osoby określonej płci i nic tu nie ma do udowadniania! (pomijam kwestię osób transpłciowych, choć mam nadzieje, że i one będą wkrótce żyły w świecie, w którym nic nie muszą nikomu udowadniać). Dopiero dając sobie prawo do bycia w pełni sobą, oraz dając do tego samego prawo innym wychodzimy z wzorców patriarchatu (a przy okazji wszystkich innych wzorców narzucających nam jacy mamy być) i dokładamy swoją cegiełkę do nowej rzeczywistości. 




Żyję w przekonaniu, że nie trzeba spełniać żadnych warunków by być kobietą czy mężczyzną, innymi słowy, że każda kobieta jest prawdziwą kobieta, a każdy mężczyzna jest prawdziwym mężczyzną. Zdanie to wypowiedziane żartem kiedyś spotkało się z żarcikami, że to taki banał i oczywistość… a jednak wnioski z niego wypływające mogą dla odmiany wydać się wręcz kontrowersyjne. Wniosek bowiem jest taki: wszystkie cechy posiadane przez dana kobietę, są manifestacjami jej kobiecości, nawet jeśli w czyimś systemie ocen są „męskie” i wszystkie cechy posiadane przez danego mężczyznę są wyrazami jego męskości, nawet jeśli przez otoczenie zostaną uznane za „kobiece” (czy „niemęskie”). Kobieta nie może zrobić czegoś co nie byłoby kobiece, a mężczyzna nie może zrobić czegoś co nie byłoby męskie. Jeśli którychś z zachowań nie obejmują nasze kategorie „męskości” czy „kobiecości”, to znaczy tyle, że te kategorie są do poszerzenia, a nie że czyjaś ekspresja jest do zawężenia.

Astrologia pokazuje to dobitnie często tworząc "paradoksy" w stylu "kobieca" planeta  w "męskim" znaku lub odwrotnie. Jeśli ktoś ma np. Słońce w Byku, a Księżyc w Baranie, to kwestia tego, gdzie jest jego "męskość" a gdzie "kobiecość" robi się dość zawiła ;) I nie są to jakieś szalone wyjątki. Mars - nasz wewnętrzny Wojownik, mówiący o tym w jaki sposób podbijmy świat może być w każdym z 12 znaków i statystycznie rzadko trafia akurat tam, gdzie wyraża się jako typowy maczo. Okazuje się, że ile znaków tyle rodzajów wojowników, a to dopiero zajawka całej złożoności tego tematu. Podobnie z kobiecością: to co kultura hołubi jako "kobiece" to Wenus zaledwie w paru znakach: w Byku, Lwie (zmysłowa lub ognista kochanka), w Raku (opiekuńcza i czuła matka), czy Waga ewentualnie Panna (dobra, wspierająca żona), reszta czasem się pojawia na pograniczach, albo jako karykatury. Astrologia uczy, że nie ma jednej ścieżki wyrażania naszej kobiecości i męskości, a nasza indywidualność może być bardzo daleko od społecznych oczekiwań. Trochę o tym jak się różnimy i dlaczego to ma wielkie znaczenie pisałam w tym tekście o Wenus w znakach. 

sobota, 21 lipca 2018

Równość kobiet i mężczyzn pod Księżycem



Księżyc jest symbolem „kobiecym”, powiązany z tym co postrzegamy w naszej kulturze jako kobiece: z płodnością, cyklicznością, emocjonalnością, cielesnością… etc. Przeciwstawiany jest „męskiemu” symbolowi jakim jest Słońce, za swoją stałością, jasnością, blaskiem. Księżyc stał się magnesem przyciągającym kobiece ruchy, kręgi, symbolem kobiecej mocy, cykliczności, natury. Warto jednak pamiętać, że gdy mówimy o fazach Księżyca, nie mówimy jedynie o tym co „kobiece”, fazy Księżyca to nie tylko Luna, ale też i jej świetlisty partner Słońce! Pełnia to nie po prostu czas kiedy Księżyc jest najpełniejszy – to czas kiedy światło Słońca najbardziej go rozświetla, ustawiając się po przeciwnej stronie Ziemi. Nów to nie tyle czas, kiedy Księżyc „znika”, on znika w świetle Słońca, kiedy się z nim łączy na niebie. Fazy Księżyca to taniec męskiego i kobiecego na niebie (więcej o tym mistycznym tańcu pisałam tutaj) Widzialnym dla nas tego przejawem jest światło słoneczne odbijające się na ciele Księżyca. Te dwa aspekty zawsze są połączone, nigdy nie możemy więc ignorować jednego z nich – co najlepiej widać w czasie zaćmień, kiedy to „nieistotny, bo tylko odbijający światło Słońca” Księżyc potrafi je całkiem przysłonić, lub też Księżyc schowany przed Słońcem w cieniu Ziemi nagle traci swój blask i staje się czerwony.

Z perspektywy astrologicznej każdy człowiek niezależnie od płci ma w swoim horoskopie urodzeniowym zarówno Słońce jak i Księżyc, co oznacza, że ma dostęp do jakości, które one reprezentują. Więcej: te dwie jakości tworzą rdzeń naszej tożsamości przy czym Słońce jest zazwyczaj bardziej związane z tym z czym się utożsamiamy, natomiast Księżyc z tym co się nam przydarza: z reakcjami, które są szybsze niż myśl, z emocjami, snami, potrzebami, głosem ciała czy intuicji. Dopiero połączenie tych dwóch jakości tworzy naszą wewnętrzną pełnię. 

W każdej chwili wybieramy z którego z tych dwóch aspektów chcemy teraz korzystać. Kiedy

poniedziałek, 21 grudnia 2015

O przesileniu i o cyklu Słońca opowieść



Artykuł z 2015 roku aktualizowany w 2024 - wszystkie daty i godziny aktualne. 

Często piszę o cyklu księżycowym i widzę jak mocno rezonuje on z ludźmi. Dzisiaj jednak, poniekąd dla równowagi chciałabym napisać trochę o cyklu słonecznym :) Mimo, że nie ma on tak widocznego przejawu jak rosnąca i malejąca tarcza księżyca, to i tak całkiem łatwo zauważyć jego fazy – nazywamy je porami roku. Dawniej ludzie uważniej obserwowali ten cykl i mierzyli punkty wschodu i zachodu słońca licząc kiedy dzień zaczyna się wydłużać, a kiedy skracać oraz kiedy Słońce wspina się na niebie wyżej a kiedy niżej (po szczegóły odsyłam do fascynującej książki Ludwika Stommy - "Słońce rodzi się 13 grudnia"). Ważne święta wypadały i wypadają nadal w okolicy momentów przełomowych tego cyklu czyli podczas przesileń i równonocy. 

Przesilenie zimowe 21 grudnia 2024


Czas zimowego przesilenia, kiedy Słońce ledwie, ledwie się wznosi nad horyzont i szybko zachodzi – to czas odpowiadający księżycowemu nowiowi. I tak samo jak nów jest to czas śmierci i odrodzenia. Ciemność zwycięża, ale też wraz z przesileniową nocą jej pasmo zwycięstw się kończy i Słońce odrodzone w zimowych ciemnościach znów zaczyna nabierać siły. Liczne wierzenia i rytuały były związane z tym magicznym czasem. Wierzono, że Słońce w tym trudnym czasie trzeba wspierać by mogło się odrodzić. Dla ludzi, których życie dyktowały wschody i zachody Słońca to również był czas najmniejszej aktywności. W przysypanych przez śnieg chatach ludzie opowiadali sobie historie trzymając się blisko pieca i szykowali się na święta. Był to zdecydowanie czas rodzinny, czas zwrócenia się do wnętrza, czas wydawałoby się bardzo raczy ;) I nie jest to zaskoczeniem, bo w tym czasie gdy Słońce przemierza znak Koziorożca pełnia Księżyca wypada w przeciwległym znaku Raka poruszając rodzinne emocje i potrzeby (w tym cyklu pełnia w Raku wypadnie 13 stycznia 2025). Dodatkowo Słońce w znaku surowego Koziorożca pokazywało, że przetrwać ten trudny czas może tylko ten, kto się do niego dobrze przygotował. Życie było trudniejsze, bo wszystkim domowym czynnościom towarzyszył ziąb, a z drugiej strony brak regularnej pracy w polu i konieczności chronienia się przed zimnem dla wielu mógł być trudny do przetrwania. Czas trzeba było czymś zapełnić, pojawiało się więcej przestrzeni na działania nieco ambitniejsze, na czytanie książek przy świecach, wymyślanie opowieści, rzeźbienie, wyszywanie, stolarkę… Ciekawe jest popatrzyć na to dawne życie z dzisiejszej perspektywy, kiedy wiele z tych zajęć wyrosło w osobne zawody i ewoluowało w kolejne i kolejne, a wszystko to ma źródła w tym zimowym czasie, gdy człowiek miał „wolne” od pracy na polu i zastanawiał się co jeszcze może ciekawego i pożytecznego zrobić. Dlatego tak jak znak Panny towarzyszy zbiorom na polach i symbolizuje codzienną, rutynową pracę, tak znak Koziorożca pokazuje nasze ambicje, to co chcemy osiągnąć ponadprzeciętnego, kim chcemy się stać w naszej społeczności, dokąd zmierzamy. Przełom znaku Strzelca i Koziorożca (nie mylić z gwiazdozbiorami!) to w obecnych czasach również miejsce gdzie astronomowie zlokalizowali Centrum naszej Galaktyki. Być może to właśnie w czasie zimowych miesięcy, gdy Słońce podróżuje przez te znaki możemy otrzymać przekaz z Centrum, inspirację, odkryć nasz cel i połączyć się z tym co nas prowadzi (więcej o tym piszę tutaj)

przesilenie na Centrum Galaktyki


Dziś żyjemy inaczej, świat wymaga od nas zazwyczaj tej samej lub też większej aktywności co w ciągu reszty roku, za wyjątkiem krótkiego czasu międzyświątecznego. Wiele osób może odczuwać, że mają coraz mniej siły i chęci do pracy podczas gdy Słońca na niebie jest coraz mniej. Niestety również czas przesilenia zazwyczaj niknie w przedświątecznym zabieganiu i ten moment kiedy, podobnie jak podczas nowiu, możemy zwrócić się do wnętrza, by wraz ze Słońcem się odrodzić, upływa nam na bieganiu po sklepach i nerwowych przygotowaniach. Słońce gaśnie, a my biegamy dalej. Słońce w astrologii – i nie tylko w astrologii – symbolizuje źródło naszych sił witalnych, oraz centrum naszej świadomości. Łatwo więc wywnioskować, że jeśli przesilenie jest czasem kiedy Słońce jest najsłabsze, kiedy umiera i odradza się, to i my wtedy mamy najmniej siły na zewnętrzne działania i raczej jest to czas dobry na zwrócenie się do wewnątrz i na przeżycie osobistego odrodzenia mocy. 

Dlatego warto o tym pamiętać i nawet jeżeli przedświąteczne obowiązki nie dają nam możliwości spokojnej kontemplacji, to chociaż znajdźmy chwilę na to by zanurzyć się w sobie i poczuć czym to przesilenie jest w nas. Co umiera? Co się odradza? Czym jest moja energia życiowa i ku czemu dążę? Czym jest Słońce we mnie? Gdzie jest moje źródło siły i energii? By to się zadziało potrzebujemy choć chwili na to by zwolnić, zatrzymać się w pędzie i poczuć swoje ciało, poziom energii w ciele, skupić świadomość na tu i teraz i na tym co wieczne. Moment Przesilenia to w tym roku (2024) 21 grudnia o 10:21 rano czasu polskiego. Noc z piątku na sobotę będzie więc najdłuższą nocą w roku, a już od soboty zacznie nam powoli przybywać i dnia i światła :) Jeśli jednak nie uda Ci się skontaktować się ze sobą w tym gorącym przedświątecznym czasie pamiętaj, że nasi przodkowie i ludzie większości kultur świętowali czas przesilenia 25 grudnia, którą to datę przejęło chrześcijaństwo jako czas Bożego Narodzenia. To przesunięcie daty wynikało, ze sposobów obliczeń opierających się na obserwacji wchodów i zachodów Słońca, co nie było metodą tak dokładną jak dzisiejsze astronomiczne wyliczenia. Osobiście traktuję ten czas jako jeden dłuższy okres Przesilenia i przyglądam się procesom we mnie, które w tym szczególnym momencie roku i cyklu słonecznego się zadziewają, a także żegnam stare i zapraszam nowe :) I do tego również Was zachęcam :)




O cyklu słonecznym i o jego podobieństwach i różnicach w zestawieniu z cyklem księżycowym będę jeszcze pisać. Tutaj chciałabym jeszcze tylko dodać, że obok tego co uniwersalne – cyklu czterech pór roku, rozpoczynanych przez przesilenia i równonoce – każdy z nas ma swój własny roczny cykl słoneczny. W zależności od miejsca, daty i godziny urodzenia, u każdego miesiące wyżów i niżów tego cyklu wypadają inaczej, ale z coroczną powtarzalnością. Osobisty czas przesilenia to ten okres roku, kiedy Słońce przechodzi przez tzw. dom XII horoskopu, który zazwyczaj oznacza czas niskiej energii, zagubienia, śnienia na jawie i żegnania tego co już nam nie służy, po którym następuje czas odrodzenia i wzrostu energii, kiedy Słońce przechodzi do domu I. To co ważne zarówno w przypadku cyklu uniwersalnego jak i cyklów osobistych, to to, że każdy etap tych cykli, każdy miesiąc roku są niezbędne i coś ważnego wnoszą do naszego życia. Warto znać te cykle i uwzględniać je podczas planowania nowego roku, dlatego polecam Osobisty Astrokalendarz na rok 2025, czyli formę prognozy astrologicznej skupioną właśnie na cyklach Słońca i planet. Więcej o Astrokalendarzu przeczytasz tutaj.

Ciemne, krótkie dni zachęcają nas do tego by zanurzyć się w Nocy, w ciemności w nas i skupić się na tym co najbliżej serca – naszego wewnętrznego Słońca. Dobrego czasu ciemności i odrodzenia Wam życzę! Niech Sol Invictus – czyli Niezwyciężone Słońce - będzie z Wami i niechaj Wasze wewnętrzne Słońce zawsze wskazuję Wam drogę! :)

poniedziałek, 4 maja 2015

Kobiece ciało - czemu bycie w ciele jest trudne?



Dlaczego "bycie w ciele" często jest dla nas trudne? Po pierwsze dlatego, że to wydaje się być banał – przecież jestem w ciele, bo niby gdzie??? Działanie może być trudne, czucie to coś oczywistego. Umiejętność odczuwania swego ciała wydaje się nam czymś tak prostym jak oddychanie (również zwodnicza prostota ;) ). A wystarczy prosta medytacja z prowadzeniem uwagi czuciowej wzdłuż kręgosłupa i z czuciem kolejnym części ciała po kolei, a odkrywamy że to wcale nie takie łatwe. Że łatwiej nam sobie coś wyobrazić niż poczuć, a jak mamy trudność z wyobrażeniem, to nagle czucie tam nie sięga. Że często „czujemy” oczami i głową, zamiast ciałem.

Ten mechanizm jest jednak częścią dużo poważniejszego zjawiska, które na własny użytek nazwałam zewnętrzną perspektywą wobec własnego ciała. Jesteśmy obserwatorami wobec samych siebie i to obserwatorami mocno oceniającymi. U mężczyzn w dużym stopniu zawęża się to do patrzenia na swoje ciało jak na przedmiot, który ma dobrze działać i nie przejawiać żadnych wad i słabości (typu uczucia). Ta postawa jest zresztą drugim ważnym powodem dla którego trudno nam być w ciele, bo traktujemy ciało jak mechanizm i nauczyliśmy się, że emocje to nic dobrego, a od bólu najlepiej uciec w leki lub wizualizacje i udawać, że go nie ma.  To dotyczy tak samo kobiet, jak i mężczyzn, choć wiadomo wciąż gdzieniegdzie pokutuje hasło, że „chłopaki nie płaczą”, a kobiety jednak bardziej „mogą” sobie na to pozwolić. U kobiet pojawia się jednak inna głęboko destrukcyjna postawa, która jest tak powszechna, że aż kompletnie niedostrzegana. Patrzenie na swoje ciało z zewnątrz jako na coś co nie tyle ma być sprawne, co dobrze wyglądać. Wiem, dużo się mówi o ograniczających wzorcach kobiecego piękna, o chorobach takich jak anoreksja czy bulimia, o kompleksach, operacjach plastycznych, kulcie młodego i perfekcyjnego ciała…. Zawsze jednak jest to tylko dyskusja o tym, według jakich kryteriów oceniać nasze ciało i próby uznania piękna także poza sztywnymi kanonami. Ciągle jednak patrzymy z zewnątrz. Skupiamy się na tym by dobrze wyglądać, a nie by się dobrze czuć. Dbamy o ciało traktując je z zewnątrz różnymi preparatami i zabiegami, często całkowicie ignorując to co ono do nas mówi. Skąd to się bierze? Dlaczego traktujemy swoje ciało, jakby było ono czymś od nas odrębnym? To proste – nauczyliśmy się tego. Młoda kobieta dowiaduje się zazwyczaj dość szybko co to znaczy „ładnie siedzieć” i że to na pewno nie oznacza „siedzieć wygodnie”. Dowiaduje się, że jej ciało, sposób poruszania, mimika, zachowania są oceniane wg kryteriów estetycznych i uczy się sama tak oceniać siebie. Dochodzi do tego, że różne fizyczne „braki” lub „nadmiary” stają się przyczyną wielkich dramatów. Uwaga skupia się na tym jak moje ciało odbierają inni, a nie na tym jak ja sama je odbieram – czyli jak je czuję.



Mocnym przykładem tego do czego to prowadzi, była opowieść jednej z instruktorek edukacji
seksualnej o nastolatce, która zadzwoniła do młodzieżowego telefonu zaufania z pytaniem o to jaka pozycję przyjąć podczas pierwszego razu, tak by nie były widoczne jej fałdy na brzuchu. Nic innego nie było ważne, tylko ta konkretna informacja. Ciało widziane z zewnątrz, przez partnera, ważniejsze niż własne odczucia podczas seksu, czy emocje związane z tym ważnym wydarzeniem. Brzuch jako fałdy, a nie jako przestrzeń gdzie rodzi się pożądanie, przyjemność, a czasem lęk lub ból....



Czym jest ta perspektywa zewnętrzna dowiedziałam się i poczułam wyraźnie podczas pewnych warsztatów tantrycznych. To co się często wydarza na takich zajęciach to powrót do ciała i uczenie się podążania za jego impulsami. Ziewamy kiedy mamy ochotę, wzdychamy, płaczemy, wyjemy, skaczemy, zwijamy się… ciało zostaje uwolnione od nakazów i zakazów, które w tzw. „normalnym świecie” je krępują. Nie – to nie oznacza orgii seksualnej, osaczania innych swoją ekspresją! Wręcz przeciwnie: okazuje się, że ciało jest niewinne i często bardziej spragnione czułego dotyku niż dzikich orgii, a warunki gdzie wszyscy mogą być autentyczni pozwalają nam na uczenie się stawiania granic. Tak więc właśnie było – weszłam w mocny kontakt z moim ciałem, poruszałam nim w zgodzie z tym co czuję, pozwalałam sobie na bycie w pełni autentyczną i spontaniczną… aż do momentu kiedy jeden z mężczyzn opacznie zinterpretował moje radosne przeciągnięcie się i złapał mnie za talię.  Ten pozornie drobny gest dla mnie w tamtym momencie był szokującym przekroczeniem moich granic, ale też bolesną konfrontacją. Uderzyła mnie nagle świadomość, że moje zachowanie może być interpretowane jako: prowokowanie, uwodzenie, mizdrzenie się, kokietowanie… i jeszcze parę brutalniejszych określeń do wyboru. Z miejsca pełnego bycia w ciele i robienia tylko tego na co ono ma ochotę, nagłe przerzucenie do perspektywy zewnętrznej, kiedy patrzę na siebie oczami jakiegoś mężczyzny, było niezwykle raniące. A więc to to robimy sobie my kobiety! Rezygnujemy z czucia ciała i z autentyczności na rzecz tego co wyobrażamy sobie, że widzą inni! I z tej perspektywy każdy gest jest po coś. Poprawiam włosy, bo uwodzę, siadam tak a tak by wydać się taka a nie inna, przyjmuję odpowiedni wyraz twarzy, a gdy boję się molestowania rezygnuję ze wszystkiego co mogłoby być odebrane jako „prowokacja”. Jeżeli macham nogą to nie robię tego dla  własnej przyjemności, ale po to by zwrócić na siebie uwagę. Jeżeli westchnę to nie po to by uwolnić nagromadzone napięcia, ale po to by pobudzić czyjąś wyobraźnię erotyczną.  Jeżeli się przeciągnę, to na pewno nie dla tego, że mam na to ochotę, ale po to by zaprezentować światu swoje ciało i zachęcić jakiegoś macho do złapania mnie za talię!



Tak, łatwo tutaj zrzucić winę na mężczyzn. To oni oceniają nasze ciała, gesty i miny, a też niejednokrotnie mają skłonność do ich nadinterpretowania projektując na nas własne pożądanie. Pokutuje tu patriarchalny mit myśliwego goniącego piękną łanię. Myśliwego nie interesują intymne przeżycia zwierzyny, a jedynie to czy ucieknie, czy też da się złapać. Prawda jest jednak taka, że często to my same – kobiety – widzimy swoje ciało jako przedmiot i patrzymy na nie z perspektywy owego „łowcy”. A to jest to co możemy zmienić i co jest konieczne byśmy nie wchodziły w nadużywające sytuacje - a bycie "łanią" upolowaną przez mężczyznę, nawet jeśli pociągające jest też otwartą drogą do zostania potraktowaną przedmiotowo. A tym co nas informuje, że właśnie może dojść czy doszło do takiego czy innego nadużycia jest właśnie ciało i słuchanie go (a nie tylko prezentowanie światu) jest kluczowe w odkrywaniu tego czego na prawdę chcę, a czego nie. Nasze ciało wie czy coś jest dla nas dobre czy nie, czy przy kimś się czujemy bezpiecznie, czy mamy ochotę na bycie w kontakcie czy nie. Informacjami są: napięcie w ciele, podwyższony głos, tendencja do rozglądania się na boki, czy do odsuwania się od partnera. Gdybyśmy słuchali tych sygnałów, jak tylko zaczynają się pojawiać oszczędziłybyśmy sobie wielu przykrych sytuacji. Ale niestety częściej skupiamy się na tym jakie wrażenie robimy i jak „powinnyśmy” się zachowywać, tak jakby to miało większe znaczenie niż nasze dobro.



Oczywiście nie ma niczego złego w chęci podobania się, w dbaniu o wygląd czy w uwodzicielskich ruchach. To cudownie, gdy kobieta czuje się w swoim ciele dobrze i kobieco, ciesząc się każdym ruchem i tym jakie wrażenie robi na innych. Problem zaczyna się wtedy gdy perspektywa zewnętrzna jest jedyną nam dostępną, gdy to jak wyglądam jest ważniejsze od tego co czuję, a fałdy na brzuchu istotniejsze niż doświadczanie przyjemności. Żeby poczuć czym jest nasze ciało, czego potrzebuje, jak pragnie się poruszać potrzebujemy zmienić perspektywę i wejść w odczuwanie ciała zamiast bycia jedynie widzem. Tańczyć, jakby nikt nie patrzył, poruszać się tak by nam samym to sprawiało przyjemność, wyrażać swoją zmysłową naturę nie dla kogoś, ale dla własnej przyjemności… Praca z ciałem i z seksualnością tak naprawdę do tego celu prowadzi – byśmy odzyskały nasze ciała, prawo do czucia się w nich jak w domu, do czucia przyjemności bez poczucia winy i wstydu, byśmy słuchały co nasze ciała mają nam do powiedzenia i szanowały je.


Jako inspirację polecam piękne video „Why I Dance” i towarzyszący mu przekaz: ""Because the expression of my sexuality does not negate my integrity ,intelligence or autonomy "






P.S. W tym tekście skupiłam się na kulturowych i społecznych przyczynach odcięcia od czucia ciała. Pominęłam natomiast przyczyny indywidualne, traumy, doświadczenie przekroczenia granic, bólu, molestowania, trudne uczucia, które wiążą się z czuciem i które uaktywniają się np. przy dotyku... To temat na osobny artykuł, choć częściowo poruszyłam go już w tym artykule.


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Chrzest z innej perspektywy - jak zintegrować jego duchowe i życiowe konsekwencje



Jakiś czas temu w artykule o możliwości apostazji przeczytałam taki ustęp:
„Kanonista P. Steczkowski z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie opublikował w wydawnictwie Annales Canonici (2/2006) artykuł o wystąpieniu z Kościoła aktem formalnym. Stwierdza on, iż sformułowanie "wystąpienie z Kościoła katolickiego aktem formalnym" nie może oznaczać nic innego jak tylko specyficzną formę zerwania przez wiernego pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim. Nie jest bowiem możliwe wyłączenie z Kościoła w sensie obiektywnym, ze względu na nieodwracalne ontologiczne skutki sakramentu chrztu. Ksiądz Steczkowski pisze też, że nawet po wystąpieniu z Kościoła aktem formalnym osoba taka nadal podlega prawu kanonicznemu, gdyż jest związana z Kościołem w sposób niepełny. Stanowisko to zostało potwierdzone wielokrotnie przez innych oficjeli Kościoła.”

To zdanie uderzyło mnie swoją prawdziwością. Bo przecież akt chrztu jest zdecydowanie czymś więcej niż tylko pokropieniem dziecku głowy wodą, odebraniem przysięgi od jego rodziców i wpisaniem młodej duszyczki w poczet członków kościoła. To bardzo silny, wsparty wielowiekową tradycją, rytuał! I nawet jeżeli na poziomie intelektu, czy nawet na poziomie czucia jesteś od kościoła daleko, to ten rytuał – pierwsze wielkie święto w Twoim życiu – wciąż jest w mocy.

by Jay Bray Cabaña


Rytuały mają moc dalece wykraczającą poza sens pojedynczych gestów, czy słów. Ich zadaniem jest tworzyć rzeczywistość, a nie ją opisywać. Słowo funkcjonuje w nich jako ekwiwalent boskiej mocy stwórczej – to za pomocą słowa ustanawia się nową tożsamość inicjowanego i jego miejsce w społeczności lub też na poziomie rytuałów bardziej indywidualnych słowo jest wyrazem podjętej decyzji, intencji, która ma moc sprawczą, a nie tylko życzeniową. To samo dotyczy rytualnych gestów. Odtwarzają one często najważniejsze wydarzenia w życiu każdego z nas: proces narodzin i proces umierania. W gruncie rzeczy każdy rytuał przejścia sprowadza się do śmierci i ponownych narodzin. I to się właśnie zadziewa: część z nas umiera, odchodzi by zrobić miejsce na nową tożsamość. Rytuał przejścia jest jak zrzucanie skóry przez węża – to wciąż ten sam wąż, ale odnowiony i uwolniony z ograniczających dotąd struktur. Wąż jako symbol transformacji stał się w chrześcijaństwie symbolem grzechu. Może dlatego, że jego przemiana wypływa z wewnątrz i dzieje

sobota, 20 lipca 2013

Pochwała receptywności - Wprowadzenie: Yin & Yang




Chiński symbol połączenia yin i yang, rozumiany przez nas najczęściej jako polaryzacja męskiego i kobiecego aspektu, jest w rzeczywistości symbolem polaryzacji jako takiej i połączenia przeciwieństw. Wyróżniamy dwie pozornie sprzeczne jakości w świecie i zazwyczaj nadajemy im różną wartość: ciemność i jasność, siła i słabość, aktywność i bierność.... Yang więc jest silne, aktywne, jasne, ekspansywne, a yin słabe, bierne, ciemne i zwrócone do wnętrza. Przy tak ustawionym podziale łatwo o zauważanie, że nasze sympatie są wyraźnie po jednej ze stron. W kulturze zachodniej również cenimy energicznych ekstrawertyków bardziej niż refleksyjnych introwertyków. Dużo szkody wyrządziło utożsamianie aspektu yang z męskością, a yin z kobiecością, czyli uznanie cech pożądanych za męskie a niepożądanych (lub mniej ważnych) za kobiece. W ten sposób sami sobie nałożyliśmy mocne ograniczenia: kobieta musi być taka, a mężczyzna taki. Więcej: uznaliśmy taki podział za „naturalny”. Dziś trudno przypisywać płciom jednoznacznie cechy yin i yang, a może i zawsze tak było, tylko umysł i kruche ego wymagało konstrukcji, na których się mogło oprzeć. To co się nie zmieniło, to negatywne wartościowanie tego co wiąże się z aspektem yin: wrażliwości branej słabość, receptywności widzianej jako bierność, czy introwertyczności odbieranej jako zahamowanie. Kobiety długo walczyły o to by móc również realizować aspekt yang, nikt jednak nie walczy o to by być yin. Wszyscy dążymy do tego by być aktywni, silni, osiągać sukcesy, a nawet jak tego nie robimy to musimy się zmierzyć z oceną, że coś z nami nie tak, lub że „przegrywamy” nasze życie. Nie doceniamy tego co wnosi yin do Całości. I właśnie o tym będzie ten cykl tekstów. O pochwale receptywności.





Video O receptywności i uwadze czuciowej Piotra Grabowskiego


grafika by deevad

Przeczytaj  tekst o zasadach kopiowania, zanim wykorzystasz ten materiał.