środa, 15 sierpnia 2018

Patriarchat w świetle Słońca i Księżyca :)




Zacznę od mojej prywatnej definicji – pewnie idącej w poprzek tego co przyjęte, ale co tam ;) Moim zdaniem patriarchat (zresztą pewnie podobnie jak matriarchat) opiera się na jednym założeniu: że między kobietami a mężczyznami są jakieś zasadnicze różnice, które sprawiają, że jesteśmy bardziej jak dwa różne gatunki o zupełnie innych możliwościach, potrzebach i zachowaniach, niż jak dwie płcie jednego gatunku. Czyli bardziej jak np. niedźwiedź i łabędź niż jak niedźwiedź i niedźwiedzica lub łabędź i łabędzica ;) Opowieść o tym, że mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus pięknie uwypukla to zakrzywienie poznawcze robiąc nas wzajemnie sobie obcymi kosmitami ;) Z tego wynikają różne zakazy i nakazy dla każdej z płci, role społeczne, a dopiero w ich konsekwencji może się pojawić przekonanie, że któraś z płci jest lepsza lub że ma „naturalne” predyspozycje by rządzić nad drugą. (To nie działa tylko w kierunku kontrolowania kobiet, mężczyźni też bywają dyskryminowani, gdy wkraczają w przestrzeń „kobiecą” jak opieka nad dzieckiem, czy poruszanie się w kuchni, a nawet gdy mówimy o empatii i umiejętnościach relacyjnych. )



Zagadnienie to bardzo ciekawie wygląda z „kosmicznej” perspektywy i na przykładzie rozwoju astrologii możemy prześledzić jak działało na nas patriarchalne myślenie oraz jaka jest dla niego alternatywa.

Jeszcze jakiś wiek temu astrologia była całkowicie patriarchalna. Planety „męskie” w horoskopie kobiety oznaczały jedynie jej partnerów i męża, a „kobiece” u mężczyzny były symbolami kobiet w jego życiu. Stało za tym przekonanie, że np. kobieta nie może sama korzystać z mocy swojego Słońca (aspekt „męski” związany z wyrażaniem siebie w świecie), więc potrzebny jest jej mąż, który tą jakość będzie za nią realizował i odwrotnie mężczyzna nie może sam realizować swojego Księżyca (aspekt „kobiecy” odpowiedzialny za emocje, dbanie o bliskich, czy relacje) więc potrzebuje żony, która tą sferę obsadzi. Żyliśmy więc w dwóch różnych światach poodcinani od tych kawałków siebie, które w ramach obowiązującego paradygmatu nam nie przystoją. Potem kobiety zaczęły się
emancypować, czyli wyrażać swoje jakości słoneczne (i marsowe również). Okazało się, że jak najbardziej mogą robić karierę, być aktywne publicznie i kreatywne. Przestały potrzeby swojego Słońca projektować na mężów, co zdjęło z nich poczucie frustracji, a z mężczyzn odium oczekiwań by działali w świecie za dwoje ;) Trudniej to szło w drugą stronę, ale wcale nie dlatego, że mężczyźni byli mniej pojętni. Po prostu w patriarchacie jakości „męskie” były wysoko cenione w przeciwieństwie do „kobiecych”, więc kobiety miały motywację by sięgać po „męskie” laury, podczas gdy dla mężczyzn zgłębianie „kobiecych” światów emocji, zarządzania domem, czy dbania o relacje nie wiązało się z żadnymi widocznymi profitami, a wręcz przeciwnie.






Ale już najwyższy czas by mężczyźni w pełni odkryli swój Księżyc, tak jak wcześniej kobiety odkryły swoje Słońce! By nauczyli się jak czerpać ze świata swoich emocji i odczuć, jak być w rezonansie ze światem, jak korzystać ze swoje intuicji i jak budować satysfakcjonujące emocjonalnie relacje. Wielu już to robi często nie zdając sobie sprawy, że rozwijają swą księżycową stronę. Coraz więcej mówi się o ojcostwie, o wyrażaniu emocji przez mężczyzn, o autentyczności zamiast maski rycerza bez skazy. Księżycowa strona oznacza zgodę na własną zmienność. Na to, że nasza energia i motywacja poruszają się w cyklach i czasem po prostu musimy zregenerować siły. Na to, że możemy nie być „konsekwentni” i silić się na utrzymanie „spójnego wizerunku”, ale że możemy czasem być bardziej tacy, a czasem tacy… i to jest ok. Że nie musimy brnąć w podtrzymywanie chybionej decyzji, czy za wszelką cenę bronić swojej racji, bo przyznawanie się do własnych błędów i wycofywanie z nich jest częścią rozwoju, tak jak czas gdy Księżyc maleje jest częścią jego cyklu niezbędną by znów nastąpił wzrost.

Księżyc dla każdego człowieka, niezależnie od płci jest nauczycielem drogi odczuwania, receptywności, bycia w rezonansie ze światem. Mało się o tych jakościach mówi, bo przez wieki były pomijane jako nieistotne, ale dziś wydają się być jeszcze bardziej potrzebne niż kiedykolwiek, bo mają bezpośredni związek z naszym poczuciem szczęścia w życiu, lub jak to określił Campbell – z poczuciem bycia żywym. Zdolność do pełnego odczuwania i doświadczania naszego połączenia ze światem stanowi odpowiedź na coraz powszechniejsze doświadczenie pustki, odcięcia od życia, świata i samego siebie, oraz na to co nazywamy depresją. Wbrew potocznym przekonaniom to nie jest tak, że jedni to potrafią a inni po prostu nie – można się tego uczyć, rozwijać te umiejętności, otwierać się na nowe sposoby doświadczenia świata i siebie. Każdy z nas ma może odkrywać swój własny sposób doświadczania świata i dzięki temu odkrywać, że życie jest dużo bardziej pełne różnych smaków, barw, ekscytujących wrażeń i poruszających momentów niż dotąd sądziliśmy. Otwierając się na odczuwanie odkrywamy, że doświadczenie intensywności życia nie jest uzależnione od stymulujących aktywności, czy używek, ale jest dostępne zawsze.






Z tej perspektywy wszelkie koncepcje patriarchalne, czy inne zakładające naszą niepełność po prostu odcinają nas od kawałków samych siebie. Tak jak w pojęciu „drugiej połówki” musimy znaleźć kogoś kto zrealizuję tą część nas, do której nie dajemy sobie prawa. Powiedziano nam, że by być kobietą/mężczyzną musimy być jacyś, zachowywać się jakoś, wyglądać odpowiednio… a to oznacza przycinanie siebie do jakiegoś mniej lub bardziej zdefiniowanego wzorca. Tak jakby był jakiś jeden wzorzec, a nie tysiące, miliony przykładów realizacji męskości i kobiecości w kulturach świata, z których możemy (jeśli chcemy) korzystać odkrywając nasz własny jedyny i niepowtarzalny wzorzec :) Powiedziano nam, że na bycia „prawdziwym mężczyzną” trzeba sobie zasłużyć, a by być „prawdziwą kobietą” trzeba odpowiednio wyglądać i się zachowywać. To nieprawda! Rodzimy się jako osoby określonej płci i nic tu nie ma do udowadniania! Dopiero dając sobie prawo do bycia w pełni sobą,oraz dając do tego samego prawo innym wychodzimy z wzorców patriarchatu (a przy okazji wszystkich innych wzorców narzucających nam jacy mamy być) i dokładamy swoją cegiełkę do nowej rzeczywistości.




Żyję w przekonaniu, że nie trzeba spełniać żadnych warunków by być kobietą czy mężczyzną, innymi słowy, że każda kobieta jest prawdziwą kobieta, a każdy mężczyzna jest prawdziwym mężczyzną. Zdanie to wypowiedziane żartem kiedyś spotkało się z żarcikami, że to taki banał i oczywistość… a jednak wnioski z niego wypływające mogą dla odmiany wydać się wręcz kontrowersyjne. Wniosek bowiem jest taki: wszystkie cechy posiadane przez dana kobietę, są manifestacjami jej kobiecości, nawet jeśli w czyimś systemie ocen są „męskie” i wszystkie cechy posiadane przez danego mężczyznę są wyrazami jego męskości, nawet jeśli przez otoczenie zostaną uznane za „kobiece” (czy „niemęskie”). Kobieta nie może zrobić czegoś co nie byłoby kobiece, a mężczyzna nie może zrobić czegoś co nie byłoby męskie. Jeśli którychś z zachowań nie obejmują nasze kategorie „męskości” czy „kobiecości”, to znaczy tyle, że te kategorie są do poszerzenia, a nie że czyjaś ekspresja jest do zawężenia.

4 komentarze:

  1. Małe uścislenie, bo słowo patriarchat obrosło jakimis ideologicznymi konotacjami:
    "Patriarchat – 1. (z łac.) pater, patris – ojciec, oraz greckiego arche, czyli początek. Jest to typ rodowej organizacji społecznej bazującej na dominującej roli mężczyzn, podkreślanej i wyrażającej się w patrylokalnym małżeństwie i patrylinearnych grupach krewniaczo–pochodzeniowych, w których dziedziczenie następuje po linii męskiej."
    -> w praktyce oznacza to, że np wyobrażenie najwyższego boga ma cechy męskie, kobieta przeprowadza się po ślubie do rodziny męża i przyjmuje jego nazwisko.

    To o czym piszesz to raczej szowinizm - czyli przekonanie, że moja grupa jest lepsza od jakiejś innej - męski/damski, ale jest też np gatunkowy - czyli przekonanie, że mój gatunek jest lepszy niż inne.

    W pewnym sensie można wywnioskować, że patriarchat zakłada wyższość męskiej płci nad żeńską, ale jest to raczej kwestia kompletnie nieświadoma u konkretnej jednostki. Osoby wychowane w takim społeczeństwie po prostu uważają, że tak jest i że nie świadczy to o wyższości jednej płci nad drugą, tylko o wypełnianiu przyrodzonej roli. Dlatego dość mocno buntują się, gdy ktoś mówi o negatywnych skutkach wypływających ze stosowania się do tego porządku. Warto to odróżniać od postawy, że "kobiety są głupie", "mężczyźni myślą penisem". Ta druga jest dość świadomą i otwartą wrogością i jej argumenty są zupełnie inne.

    Co do idei głównej artykułu to podpisuję się wszystkimi kończynami. Masz talent do prostego, nieagresywnego i nie przesiąkniętego ideologią forsowaną na siłę pisania i myślę, że tego typu teksty mają bardzo duży potencjał do dokonywania realnej zmiany w świecie, nie bazującej na siłowym forsowaniu swoich racji.

    OdpowiedzUsuń