piątek, 20 czerwca 2014
Letnie Przesilenie - 21 czerwca 2014
Jutro - 21 czerwca - najdłuższy dzień w roku, święto Słońca, Ognia i Wody - Letnie Przesilenie! Słońce w południe wspina się najwyżej jak tylko potrafi na naszej szerokości geograficznej, a warunki do świętowania momentu kulminacyjnego mamy wyjątkowe, bo u nas wypada on prawie w południe - o 12:51! Przyjmijmy od Słońca w darze jego moc, którą teraz hojnie wraz z promieniami rozdaje. Zasilmy akumulatory na nowy słoneczny cykl i celebrujmy! Czas letniego Przesilenia to w cyklu słonecznym odpowiednik księżycowej pełni. To co słoneczne: jasność, witalność, radość życia i świadomość wyrażają się teraz najpełniej. Zbieramy pierwsze owoce tego co zasialiśmy wiosną, przyglądamy się temu co udało nam się osiągnąć od poprzedniego przesilenia w czerwcu rok temu, kumulujemy energię i wysyłamy ją w intencji na kolejny cykl. A w nocy Sobótka / Kupalnocka, tańce, wianki, skakanie przez ogień, szukanie kwiatu paproci i miłosne ekscesy Wszystkiego najsłoneczniejszego Wam na ten czas życzę!
Maria Moonset
O depresji, czyli kiedy nieprzeżyte emocje stają się ciężarem
Artykuł z 2014 roku.
Zawsze miałam poczucie, że we
wspieraniu osób z depresją za dużo jest słów, a za mało
czucia. Także wtedy, kiedy sama na nią cierpiałam – omówienie tego
dlaczego, po co, czy mam rację czy nie w moim czarnym postrzeganiu
siebie i świata, wydawało się „pomagającym” ważniejsze niż
zrobienie mi miejsca na to, bym czuła to, co czuję. Tak długo, jak
społeczeństwo nie będzie robiło miejsca na odczuwanie i wyrażanie
tego co czujemy, tak długo będziemy „walczyć z depresją”.
***
W cyklu „Pochwała receptywności”
piszę dużo o znaczeniu odczuwania, które jest nie mniej ważnym
źródłem informacji niż analizujący fakty intelekt. Czucie, czyli
zarówno nasze emocje, jak informacje czuciowe pochodzące od
naszego ciała (receptywność) dają nam wgląd w to, czego umysł
nie widzi: w nasze wnętrze. Dzięki nim możemy się dowiedzieć
czego potrzebujemy, co jest dla nas dobre, a co nie, jak się czujemy
w danym otoczeniu i w kontakcie z konkretnym człowiekiem.
Uwzględnienie tych informacji jest kluczowe, jeżeli chcemy czuć się
dobrze i podejmować decyzje, które nie będą dla nas nadużyciem.
Intelekt zbierając informacje przez najczęściej używane zmysły,
czyli wzrok i słuch, i analizując je dodaje informacje ze świata,
również ważne, lecz często przeceniane przy podejmowaniu decyzji.
Potrzebujemy połączenia, równowagi pomiędzy czuciem a myśleniem,
uznania zarówno dla rzeczywistości zewnętrznej, jak i wewnętrznej.
Otworzenie się na pełne odczuwanie
oferuje jednak dużo więcej niż dostęp do informacji „z
wewnątrz” - daje głębokie poczucie sensu życia i szczęśliwości
tu i teraz. Nawet jeżeli po drodze musimy poczuć to co
nieprzyjemne, to tylko przeżycie tego co boli uwolni nas od traum i
pozwoli odzyskać radość odczuwania. Receptywność jest
niewyczerpanym źródłem inspiracji, pomysłów, wizji. Jeżeli
czujesz się wypalony/a, nie wiesz co robić w życiu, nie masz na
nic ochoty, nie widzisz głębszego sensu… to wszystko
najprawdopodobniej oznacza, że niewiele czasu poświęcasz na
odczuwanie.
***
Ok, piszę to wszystko, by wyjaśnić
moją perspektywę, ale jak to się ma do depresji?? Ci z was, którzy
znają osoby depresyjne, mogą pomyśleć, że to co piszę to
bzdura, bo te osoby „nic nie robią tylko przeżywają”. Jeżeli
sam/a masz doświadczenia depresyjne, również możesz pomyśleć,
że lepiej już nic nie czuć.
Łatwo jednak pomylić depresyjność z odczuwaniem. Istotą
depresyjności nie jest to, że czujesz np. smutek, ale to, że
zaczynasz sobie tłumaczyć to, co się z Tobą dzieje i że wpadasz w
pętlę negatywnych myśli: „Jestem beznadziejny, nic nie potrafię,
zawsze to samo, nigdy nic dobrego mnie nie spotka...” I tak dalej,
i tak dalej… Każdy pewnie nie raz doświadczył tego mechanizmu,
który zaczyna się od pozornie błahego lecz przykrego dla nas
wydarzenia. Pojawiają się związane z nim emocje i natychmiast
uruchamia się ciąg negatywnych myśli o sobie i życiu, które
skończyć się mogą nawet na pragnieniu śmierci. Osoby z depresją
doszły w tym tak daleko, że często już nie pamiętają, gdzie to
się zaczęło, poczucie niemocy ogarnia wszystko, nie ma już uczuć
a i myśli coraz mniej. To wszystko jednak wypływa z umysłu!
Zajmując się „dokopywaniem sobie” często uciekamy od emocji,
które się w nas pojawiły i zamiast je w pełni poczuć zatapiamy
się w czarną chmurę beznadziei, która tak naprawdę jest zasłoną
dymną. Im bardziej nas boli, tym więcej czarnej chmury beznadziei
potrzebujemy by nic nie czuć. I paradoksalnie cali jesteśmy w
czuciu beznadziei. Tyle, że ona – jak się jej głębiej przyjrzeć
– nie ma treści. Jest emocjonalnie pusta. A jednocześnie wciąga
jak ruchome piaski… Dlatego jedyne co można zrobić, by wyjść z
tego stanu, to zatrzymać umysł, a przynajmniej przestać się
koncentrować na tym, co z siebie wypluwa i wejść w czyste
odczuwanie ciała i emocji. Pełne przeżycie tego co nas zraniło
jest oczyszczające, łzy i krzyk są oczyszczeniem.
***
To co napisałam, pochodzi z moich
doświadczeń. Wiele lat temu przeszłam przez depresję i w ciągu
ostatnich lat niejednokrotnie łapałam się na wchodzeniu w
depresyjny wzorzec myślowy, który uruchamiał się przy pierwszym
lepszym niepowodzeniu, krytyce czy trudniejszych emocjach. Gdy
pojawia mi się to myślenie, przyglądam mu się, ale już w nie nie
wierzę. Traktuję je jak część siebie, która próbuje
przejąć kontrolę – moje pragnienie śmierci. Wiem, że
pragnienie śmierci jest tak naprawdę pragnieniem głębokiej
zmiany, które blokujemy tak, że możemy je zobaczyć tylko w
skrajnej formie. Czasem łatwiej nam wyobrazić sobie "rozwiązanie ostateczne" niż siebie mówiącego bliskim: nic więcej dla Was nie zrobię, chcę robić swoje! Szamani natomiast widzą w chorobach psychicznych proces
narodzin Uzdrowiciela. Nawet jeżeli dotyczy to bardziej tego, co
zachodnia kultura nazywa „psychozami”, to każda choroba jest
wezwaniem do samouzdrowienia, do przywrócenia równowagi w naszym
życiu. Kiedy nie przyjmujemy informacji jakie płyną z naszego
ciała, z serca, a czasem z czucia rozszerzonego na to co nas otacza
i na cały świat (zwanego czasem intuicją, współodczuwaniem,
czasem wizjami lub halucynacjami, czasem jeszcze inaczej) zamykamy
się na to, co jest naszym uzdrowieniem.
Mocny i wciągający przykład na to, jak odcięcie od uczuć i popadnięcie w depresję wygląda w życiu, znajdziesz w komiksowej formie tutaj. Poza grozą bycia osobą w depresji wśród „osób, które czują” pokazuje on drogę uzdrowienia poprzez uwolnienie emocji i zresetowanie umysłu, nawet jeżeli pozornie nie ma to żadnego sensu.
Na koniec - depresja, to stan zamrożenia, w którym zwyczajnie nie mamy dostępu do pełni naszych zasobów, szczególnie tych intelektualnych, do energii, motywacji etc. Dlatego poradzenie sobie z nią samodzielnie jest często zbyt trudne. Jeśli tak jest to szukanie rozwiązań na własną rękę, zwłaszcza alternatywnych, może okazać się zbyt ryzykowne - zwyczajnie trudno nam zauważyć kiedy nadużywamy siebie i kiedy ktoś inny nas nadużywa. Dlatego warto skorzystać ze wsparcia profesjonalistów: psychoterapeutów, psychiatrów, osób które mają wiedzę i doświadczenie w tym bardzo delikatnym temacie. Spotkanie z tym co ukrywa się pod "chmurą beznadziei" jest dużo łatwiejsze, gdy ktoś przy nas jest i nas wspiera, dlatego warto poszukać kogoś przy kim czujemy się bezpiecznie i kto nas przez tą drogę poprowadzi.
Tekst niemal antyczny dla mnie, choć myślę, że nadal wartościowy. Już prawie nie pamiętam jak to było doświadczać tych destrukcyjnych wzorców myślowych, tych pętli samokrytyki, tej nienawiści do siebie... Można z tego wyjść, można o tym zapomnieć, można obejmować siebie z czułością i zrozumieniem niezależnie od tego jak bardzo w czymś daliśmy ciała. Im częściej świadomie zmieniamy samo-odrzucenie we współczucie dla siebie, tym bardziej nam to wchodzi w krew i w pewnym momencie już nawet nie musimy o tym pamiętać. Tego życzę wszystkim co przez to przechodzą <3
O depresji i powiązanych tematach pisałam też:
- O autodestrukcji i pragnieniu śmierci - tutaj
- Co astrologia może zaoferować osobom w depresji? - tutaj
- wiersz o przechodzeniu przez Ciemność - tutaj
- O znaczeniu tego, w jaki sposób mówimy do samych siebie, czyli trochę o mojej ścieżce wychodzenia z dokopywania sobie, przeczytacie w tekście "Jak być pewnym siebie i nie zwariować?"
Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Dlaczego nie robię astrologii partnerskiej?
Tekst ten jest odpowiedzią na często pojawiające się w mojej praktyce pytanie o horoskopy partnerskie. Może dzięki niemu uda mi się uniknąć ciągłego powtarzania się ;)
Z astrologią porównawczą, czyli
zajmującą się relacją między dwoma osobami, mam problem. Z
jednej strony jest to ciekawe wyzwanie intelektualne, parę poziomów
trudniejsze od analizy indywidualnego horoskopu. W rzeczywistości by
zrobić dobrą analizę porównawczą, trzeba najpierw przeanalizować
każdy z horoskopów urodzeniowych z osobna, dopiero potem można
przejść do sprawdzania jak mają się one do siebie i jak na siebie
wpływają, a na końcu creme de la creme: sprawdzanie jaką jakość
tworzą dwie osoby razem, czyli tzw. horoskop kontaktowy. I tu
pojawia się pierwszy, choć zdecydowanie najmniej istotny problem:
jak wycenić taki ogrom pracy?? Dalej pojawiają się problemy natury
etycznej. Najczęściej bowiem proszą mnie o taką analizę osoby,
które chcą się czegoś dowiedzieć o potencjalnym czy aktualnym
partnerze, za jego mniejszą lub większą świadomością. Mogłabym
co prawda założyć, że jeżeli ktoś daje komuś swoje dane
urodzeniowe, w szczególności godzinę, to wie co robi i co go może
w związku z tym czekać. Jednak mam dużą wątpliwość co do
działania „za plecami” zainteresowanego, bo takie analizy osoby
trzeciej kojarzą mi się po prostu z obgadywaniem i wydają po
prostu nieetyczne, nawet jeżeli ktoś wyraził na to zgodę. Jako psycholożka po prostu nie mogę w czymś takim uczestniczyć. Kiedy
przekazuję moją wiedzę bezpośrednio osobie, której ona dotyczy
wiem, że robię to z intencją pozytywnych zmian w jej życiu i mogę
zadbać o to by to co mówię było wspierające i poszerzające
świadomość. Gdy mówię coś o kimś do kogoś innego nie mam
najmniejszego wpływu na to jak te informacje zostaną wykorzystane.
I nie mówię tu o zakładaniu złej woli tego kto mnie słucha, a
jedynie o naturze ludzkiej, która interpretuje na swój sposób
wszystko co usłyszy i o tym, że osoby zaangażowane emocjonalnie są
zazwyczaj „najgorszymi” bo mocno subiektywnymi interpretatorami.
Co więcej sytuacja, w której jeden partner coś wie o drugim
stwarza sytuację nierówności między nimi, która najczęściej
wyraża się w relacji bardziej rodzicielskiej i wychowawczej niż
partnerskiej. Słowem cokolwiek nie powiem mogę w ten sposób
wpłynąć negatywnie na relację.
Ok, tak więc czegoś takiego nie
robię. Jedyne co wydaje mi się w tej materii etyczne to spotkanie z
dwójką partnerów jednocześnie na wspólnej sesji (kłania się
moja specjalizacja czyli terapia par i rodzin ;) ). Niemniej i tutaj
pojawiają się kolejne wątpliwości. Mam bowiem poczucie, że
astrologia astrologią, a to co ma największe znaczenie to co my,
jako para, robimy z tym naszym lepszym lub gorszym dopasowaniem.
Można na bazie trudnych lub dość słabych astrologicznych połączeń
zbudować dobrą i trwałą relację, można też pięknie „skopać”
relację z najlepszymi dopasowaniami! W przypadku astrologii
porównawczej czuję, że konfrontowana jestem z wielką tajemnicą,
która
wtorek, 27 maja 2014
Taniec Słońca i Księżyca
Fazy Księżyca tylko pozornie dotyczą samego Księżyca. W rzeczywistości pokazują interakcję Księżyca i Słońca, które w czasie nowiu spotykają się ze sobą i stapiają w blasku słonecznym. Potem Księżyc zaczyna się oddalać o Słońca - a im bardziej się oddala tym więcej jego światła odbija, aż do pełni kiedy Słońce i Księżyc ustawiają się po przeciwnych stronach Ziemi, a my możemy podziwiać jak cały Księżyc rozświetla się światłem, niczym lustro, które ustawiliśmy na przeciwko reflektora.
Odwieczny taniec Słońca i Księżyca pełen zbliżeń i oddaleń, to nic innego jak taniec męskiego i kobiecego pierwiastka we wszechświecie. Polaryzacja, która przechodzi w zjednoczenie i zjednoczenie, które zmienia się w polaryzację… To właśnie ten taniec wyznaczał od zawsze ludzki czas mierzony rosnącą i malejącą tarczą Księżyca. Z czasem ludzie zaczęli coraz bardziej skupiać się na drodze Słońca dzieląc je na równe części bez uwzględnienia pozycji jego Partnerki. Równolegle to co słoneczne zaczęło być coraz bardziej wywyższane nad to, co księżycowe: stałość została wywyższona nad zmienność, jasne światło nad półmrok, umysł nad ciało, aktywność nad czucie.
Odwieczny taniec Słońca i Księżyca pełen zbliżeń i oddaleń, to nic innego jak taniec męskiego i kobiecego pierwiastka we wszechświecie. Polaryzacja, która przechodzi w zjednoczenie i zjednoczenie, które zmienia się w polaryzację… To właśnie ten taniec wyznaczał od zawsze ludzki czas mierzony rosnącą i malejącą tarczą Księżyca. Z czasem ludzie zaczęli coraz bardziej skupiać się na drodze Słońca dzieląc je na równe części bez uwzględnienia pozycji jego Partnerki. Równolegle to co słoneczne zaczęło być coraz bardziej wywyższane nad to, co księżycowe: stałość została wywyższona nad zmienność, jasne światło nad półmrok, umysł nad ciało, aktywność nad czucie.
W astrologii Słońce jest rdzeniem osobowości. Tym miejscem,
w które zagłębiamy się w medytacji by odkryć cud świadomości: „Ja jestem”.
Księżyc uzupełnia to doświadczenie odkryciem „Ja żyję” lub też bardziej szczegółowo „Ja doświadczam”. Doświadczam i zmieniam się wraz z tym
doświadczeniem: czuję dotyk świata, który w każdej chwili się zmienia; odbieram
dźwięki, obrazy, zapachy, smaki i staję się nimi na chwilę. Czuję moje ciało,
które dostarcza mi coraz to innych wrażeń: od bólu do ekstatycznych dreszczy.
Czuję smutek, radość, miłość, ból… Napełniają mnie coraz to nowe wrażenia i
podążając za nimi wciąż umieram i rodzę się na nowo. Słońce daje nam niezmienną
tożsamość, to poczucie, że wciąż jesteśmy tą samą osobą, a może nawet
świadomość poza granicami naszego obecnego życia. Słońce to świadomość poza
czasem. Księżyc zakotwicza nas w tu i teraz. Słońce to iskra, która daje życie.
Księżyc to samo życie – jego wszystkie smaki.
Pięknym porównaniem jest obraz świecy, w której całe „ciało” – wosk i knot – to Księżyc, a Słońce to sam płomień. Płomień można przenieść do nowej świecy i w ten sposób sprawić by był nieśmiertelny, tak jak my ludzie zyskujemy nieśmiertelność przekazując iskrę życia naszym dzieciom. To jednak właśnie płodność i macierzyństwo stanowią istotę znaczenia Księżyca. Przyjmowanie iskry życia, rodzenie i wspieranie tego co żywe to zadanie księżycowej strony życia.
Pięknym porównaniem jest obraz świecy, w której całe „ciało” – wosk i knot – to Księżyc, a Słońce to sam płomień. Płomień można przenieść do nowej świecy i w ten sposób sprawić by był nieśmiertelny, tak jak my ludzie zyskujemy nieśmiertelność przekazując iskrę życia naszym dzieciom. To jednak właśnie płodność i macierzyństwo stanowią istotę znaczenia Księżyca. Przyjmowanie iskry życia, rodzenie i wspieranie tego co żywe to zadanie księżycowej strony życia.
I tak jest również w naszym życiu. Słońce staje się podstawą
naszej tożsamości, wiemy kim jesteśmy i jak pragniemy się wyrażać. W horoskopie
urodzeniowym to właśnie Słońce jest źródłem pewności siebie lub jej braku.
Księżyc natomiast mówi o potrzebach, emocjach, o sposobie w jaki doświadczamy
świata. Jego znaczenie jest jednak dużo szersze, bo pokazuje zarówno postać
Matki jak i Dziecka w nas. Opisuje nasze relacje z matką, to jakiej opieki
doświadczyliśmy, jakiej potrzebujemy doświadczyć i jak sami opiekujemy się
bliskimi. Księżyc w horoskopie to nasze Wewnętrzne Dziecko, które wymaga naszej
uwagi i miłości. A jednocześnie, które uczy nas jak żyć by czerpać radość z
każdej chwili, by czuć, doświadczać, kochać.
Bez Słońca rozpadlibyśmy się na kawałki lub stali się niczym
woda, która z każdą chwilą zmienia formę. Bez Księżyca nie wiedzielibyśmy, że
żyjemy i nie czulibyśmy smaku życia. Pięknie ujął to w słowa Joseph Campbell: „
Mówią, że to, czego wszyscy szukamy, to sens życia. Myślę, że tak nie jest. Myślę,
że to, czego szukamy to doświadczenie bycia żywym, wtedy gdy nasze
doświadczenie życia, czysto fizyczne, odbija się w środku naszego bytu i naszej najbardziej intymnej
rzeczywistości, gdy naprawdę czujemy cud bycia żywym”
Iskra życia i cud bycia żywym, Ogień i Woda, aktywność i receptywność,
wyrażanie siebie i doświadczanie siebie w świecie… Taniec Słońca i Księżyca
trwa dzięki boskiej równowadze jaka połączyła te dwa „ciała”, ucieleśniające Boga i Boginię. Równowadze, której przejawem jest fakt, że z naszej ziemskiej
perspektywy te dwa tak różnej wielkości ciała wydają się niemal identycznej
wielkości. Ktoś może powie, że Słońce jest dużo ważniejsze niż Księżyc, bo
większe, bo centralne, do daje ciepło i życie, podczas, gdy Księżyc jedynie
odbija światło. Pomijając informacje o tym jak ogromne jest znaczenie ziemskiego
satelity dla stabilności życia na Ziemi (dowiesz się o tym z tego świetnego filmu), można powiedzieć: tak, Księżyc „jedynie”
odbija. Księżyc bowiem jest zwierciadłem, w którym odbija się nasza Matka
Ziemia. Wszystkie cechy przypisywane astrologicznie i mitologicznie Księżycowi,
to jej atrybuty: płodność, opiekuńczość, cykliczność, cielesność, receptywność,
umieranie i odradzanie się… Paradoksalnie więc patrząc w niebo i śledząc cykle
Księżyca przypominamy sobie o Ziemi, o naturze i o tym co sprawia, że jesteśmy
żywi.
Zapraszam również do przeczytania artykułu Znaczenie cykli Księżyca
Jeżeli chcesz przekopiować powyższy tekst o Pełni na swoją stronę, blog lub fanpage zapoznaj się z zasadami korzystania z moich tekstów tutaj
poniedziałek, 5 maja 2014
Jak Marta stała się Marią
Nigdy nie byłam blisko związana z wiarą katolicką. Już jako
mała dziewczynka tworzyłam własną formę wiary i własne rytuały. Patrząc na
świat przez okna w mieszkaniu na 11 piętrze, gdzie więcej widać było chmur niż ziemi,
snułam swoje rozmyślenia. Pamiętam jak ważne było dla mnie odkrycie słów
Kierkegaarda: „Prawdę poznaję jedynie wówczas, gdy staje się ona we mnie życiem”,
bo nazywało drogę jaką odkrywałam moją wiarę i to co jest moją rzeczywistością.
Tak więc czułam co jest dla mnie prawdziwe i odrzucałam pomysły, że skoro dla
mnie prawdziwe jest A, to B też musi być. No bo jak zachwyca skoro nie
zachwyca? :)
Nie byłam blisko wiary katolickiej, ale cała historia, którą
tutaj chcę opowiedzieć jest jak taniec z wątkami i opowieściami
chrześcijańskimi. A zaczęło się od mojego imienia. Nigdy nie utożsamiałam się z
imieniem Marta, wydawało mi się one zbyt twarde, konkretne, surowe. Nie
widziałam w nim miejsca na moją delikatność, wrażliwość, intuicję czy
kobiecość. Jako dziecko pamiętam, że czułam w nim coś raniącego, choć pewnie
nie potrafiłabym tak tego określić. Nic dziwnego, że mocno zapadła mi w pamięć
biblijna przypowieść o Marcie i Marii. Dwie siostry, tak różne: Marta
skoncentrowana na przygotowywaniu dla Gościa posiłku, Maria zasłuchana w jego
słowa. Tyle możliwych interpretacji tej sytuacji: Marta pracowita, Maria leniwa;
Marta poświęcająca się, Maria pijąca ze źródła; Marta zirytowana i zazdrosna,
Maria z otwartym sercem pełnym miłości; Marta skoncentrowana na tym co
ziemskie, Maria skoncentrowana na tym co duchowe; Marta praktyczna i aktywna,
Maria niepraktyczna i wrażliwa; Marta yang, Maria yin. Obie potrzebne i na swój
sposób wspaniałe. A jednak można odczuć, że Jezus docenił postawę Marii nie
Marty: "Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało
albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie
pozbawiona". Teraz kiedy wróciłam do tej opowieści po latach widzę w tym
fragmencie przekaz uspokajający i życzliwy, jednak w mojej pamięci z dzieciństwa
pozostał obraz odrzucenia i niesprawiedliwości. I ta myśl, że wolałabym być
Marią niż Martą!
Myśl ta została zakopana gdzieś w mojej podświadomości i już
do niej nie wracałam. Imię Marta odczuwałam jako pewne brzemię, ale też z
czasem coraz więcej widziałam w nim siebie. Mam w sobie tą siłę, konkretność i
odpowiedzialność, mam umysł analityczny i nieraz złośliwy, niełatwo mi czasem
okazywać uczucia i puścić kontrolę… Duża część tego co pojawia się w opisach
znaczenia imienia Marta pasuje do mnie, a jednocześnie… mnie głęboko dotyka. To
imię opisuje tą część mnie, która wiąże się z cierpieniem. W jednym z opisów
można przeczytać: „Jej charakter dojrzewa bardzo wcześnie, przez co skraca się
czas beztroskiej młodości.” I tak właśnie było w moim przypadku, z tym, że ta częściowo
wymuszona dojrzałość oznaczała oddzielenie od czegoś co jest moją esencją.
Zadziało to się całkiem niespodziewanie. Brałam udział w
ceremonii z okazji Wiosennego Przesilenia dwa lata temu. Podczas tej ceremonii
najstarsza osoba z uczestników gasiła w pewnym momencie świecę zanurzając nas
tym samym w kompletnej ciemności. Medytacja w ciemności kończyła się zapaleniem
nowego ognia przez najmłodszą uczestniczkę, którą tak się złożyło, że byłam ja.
I kiedy tak siedzieliśmy w tej świętej Ciemności czekając na odrodzenie światła
pojawiło mi się niczym błysk w umyśle to imię – Maria. W tej medytacji
zrozumiałam nagle, że to imię opisuje prawdę o mnie, że ono jest mną.
Było to ogromne zaskoczenie, bo nigdy nie myślałam o tym
imieniu w ten sposób, nie myślałam też o zmianie imienia czy o przybraniu
nowego, a nawet gdybym myślała, to na pewno nie wybrałabym Marii. To nie było
imię, które określiłabym jako ładne, fajne, miłe. To imię jak ogromny znak
mojego przeznaczenia, które mnie trochę przeraża, a trochę zawstydza. Dlatego
mimo mnożących się znaków pokazujących, że to właśnie to imię jest mi pisane,
długo się nie mogłam zdecydować na przyjęcie go. Miałam poczucie, że do tego
imienia trzeba dojrzeć, dorosnąć, oraz, że bym mogła je przyjąć muszę
przepracować wszystko to co wiąże się z Martą. Dziś widzę, że poczucie, że to
przejście jest trudne i wymagające płynęło z postawy Marty, z jej niepokojów i
braku wiary w siebie. Przez te dwa lata przeszłam ogromną drogę powracając do
samej siebie, do źródeł miłości do samej siebie i do esencji mojego życia. Ale
o czekającej mnie przemianie zazwyczaj wolałam nie pamiętać ;) I znów
przypomnienie przyszło samo, niczym grom z jasnego nieba. Nie mogłam mieć
wątpliwości, że to właśnie ten moment by przyjąć i rozwijać dary Marii.
Było to w czasie Wielkiego Krzyża. Krótko wcześniej
przepłynął przeze mnie tekst o chrzcie katolickim, jako o rytuale. A wraz z
tekstem obraz krzyża – symbolu podzielenia i polaryzacji – otoczonego okręgiem,
który te przeciwieństwa łączy i uzdrawia wewnętrzne rozdarcie. Okrąg jako
symbol jedności i bycia całością w mojej wizji zastąpić (lub uzupełnić) miał na
naszym czole znak krzyża zakreślony podczas chrztu. Kiedy krótko później przeszłam
z imienia Marta na Maria, ktoś zwrócił uwagę na to, że „t” zgubiło kreseczkę…
Wiem, że mam skłonność do fascynowania się nawet drobnymi znakami, ale ten mnie
bardzo poruszył: krzyż w moim imieniu stał się (malutkim) okręgiem! Imię z
chrztu świętego zostało zastąpione imieniem z Ceremonii Wiosennego Odrodzenia! Marta
dźwigająca ciężar odpowiedzialności i samokrytyczności, stała się Marią z
otwartym sercem i pełną zaufania do życia! :)
Witam Was jako Maria!
P.S. Gdy czytam o siostrach Marii i Marcie lub gdy oglądam
obrazy przedstawiające je razem z Jezusem mocno czuję, że one tak naprawdę były
/ są jedną kobietą! Ich postawy się dopełniają i jedyny problem jest wtedy, gdy
jedna nie ma szacunku dla jakości reprezentowanych przez drugą lub gdy jedna
jest faworyzowana kosztem drugiej. Obie są częścią mnie. Widzę Marię w moim
sercu, a Martę w umyśle oraz jako strażniczkę bramy. Za bramą jest Maria –
niewinna i delikatna, tak bardzo potrzebująca w przeszłości ochrony Marty.
Teraz pragnę poczuć pełniej jak to jest być Marią, rozgościć się w niej i jako
Maria wychodzić do ludzi. Ale Marta również pozostanie ze mną, jako ważna
część, której jestem bardzo wdzięczna i która pozwala mi zrównoważyć wrażliwość
Marii i radzić sobie w materialnym świecie. Połączenie przeciwieństw,
spotkanie sióstr, zabliźnienie ran, uznanie wszystkich aspektów siebie i pozwolenie sobie na
podążanie drogą serca… Aho! :)
Powiązane artykuły:
Subskrybuj:
Posty (Atom)















