Na głębszym poziomie miłość łączy nas z nami samymi. Nie-miłość, pragnienie miłości przebrane za zakochanie, może nas tylko od samych siebie oddzielić, wprowadzić iluzję niezasługiwania, bycia niewystarczającym, lub też iluzję bycia „ponad”. Gdy czujemy, że kogoś kochamy, a jednocześnie sprawia to, że coraz mniej kochamy samych siebie... to nie jest miłość to poszukiwanie miłości. Istotą miłości jest połączenie i potrzebujemy być w połączeniu ze sobą i w zgodzie na siebie, by zarówno umieć dawać, jak i móc przyjąć miłość. A wtedy połączenie z miłością w naszym sercu sprawia, że kochamy siebie i cały świat tylko coraz bardziej i bardziej.... ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Waga. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 lutego 2019
Różnica między miłością a pragnieniem miłości
Na głębszym poziomie miłość łączy nas z nami samymi. Nie-miłość, pragnienie miłości przebrane za zakochanie, może nas tylko od samych siebie oddzielić, wprowadzić iluzję niezasługiwania, bycia niewystarczającym, lub też iluzję bycia „ponad”. Gdy czujemy, że kogoś kochamy, a jednocześnie sprawia to, że coraz mniej kochamy samych siebie... to nie jest miłość to poszukiwanie miłości. Istotą miłości jest połączenie i potrzebujemy być w połączeniu ze sobą i w zgodzie na siebie, by zarówno umieć dawać, jak i móc przyjąć miłość. A wtedy połączenie z miłością w naszym sercu sprawia, że kochamy siebie i cały świat tylko coraz bardziej i bardziej.... ;)
środa, 15 sierpnia 2018
Patriarchat w świetle Słońca i Księżyca :)
Jeszcze jakiś wiek temu astrologia była całkowicie patriarchalna. Planety „męskie” w horoskopie kobiety oznaczały jedynie jej partnerów i męża, a „kobiece” u mężczyzny były symbolami kobiet w jego życiu. Stało za tym przekonanie, że np. kobieta nie może sama korzystać z mocy swojego Słońca (aspekt „męski” związany z wyrażaniem siebie w świecie), więc potrzebny jest jej mąż, który tą jakość będzie za nią realizował i odwrotnie mężczyzna nie może sam realizować swojego Księżyca (aspekt „kobiecy” odpowiedzialny za emocje, dbanie o bliskich, gniazdo rodzinne i o relacje) więc potrzebuje żony, która tą sferę obsadzi. Żyliśmy więc w dwóch różnych światach poodcinani od tych kawałków siebie, które w ramach obowiązującego paradygmatu nam nie przystoją. Potem kobiety zaczęły się emancypować, czyli wyrażać swoje jakości słoneczne (i marsowe również). Okazało się, że jak najbardziej mogą robić karierę, być aktywne publicznie i kreatywne. Przestały potrzeby swojego Słońca projektować na mężów, co zdjęło z nich poczucie frustracji, a z mężczyzn odium oczekiwań by działali w świecie za dwoje ;) Trudniej to szło w drugą stronę, ale wcale nie dlatego, że mężczyźni byli mniej pojętni. Po prostu w patriarchacie jakości „męskie” były wysoko cenione w przeciwieństwie do „kobiecych”, więc kobiety miały motywację by sięgać po „męskie” laury, podczas gdy dla mężczyzn zgłębianie „kobiecych” światów emocji, zarządzania domem, czy dbania o relacje nie wiązało się z żadnymi widocznymi profitami, a wręcz przeciwnie.
Dziś jednak coraz częściej mężczyźni odkrywają swój Księżyc i już czas by mogli w pełni skorzytsać z jago potencjałów. By nauczyli się jak czerpać ze świata swoich emocji i odczuć, jak być w rezonansie ze światem, jak korzystać ze swojej intuicji i jak budować satysfakcjonujące emocjonalnie relacje. Wielu już to robi często nie zdając sobie sprawy, że rozwijają swą księżycową stronę. Coraz więcej mówi się o ojcostwie, o wyrażaniu emocji przez mężczyzn, o autentyczności zamiast maski rycerza bez skazy. Księżycowa strona oznacza zgodę na własną zmienność. Na to, że nasza energia i motywacja poruszają się w cyklach i czasem po prostu musimy zregenerować siły. Na to, że możemy nie być „konsekwentni” i silić się na utrzymanie „spójnego wizerunku”, ale że możemy czasem być bardziej tacy, a czasem tacy… i to jest ok. Że nie musimy brnąć w podtrzymywanie chybionej decyzji, czy za wszelką cenę bronić swojej racji, bo przyznawanie się do własnych błędów i wycofywanie z nich jest częścią rozwoju, tak jak czas gdy Księżyc maleje jest częścią jego cyklu niezbędną by znów nastąpił wzrost.
Księżyc dla każdego człowieka, niezależnie od płci jest nauczycielem drogi odczuwania, receptywności, bycia w rezonansie ze światem. Mało się o tych jakościach mówi, bo przez wieki były pomijane jako nieistotne, ale dziś wydają się być jeszcze bardziej potrzebne niż kiedykolwiek, bo mają bezpośredni związek z naszym poczuciem szczęścia w życiu, lub jak to określił Campbell – z poczuciem bycia żywym. Zdolność do pełnego odczuwania i doświadczania naszego połączenia ze światem stanowi odpowiedź na coraz powszechniejsze doświadczenie pustki, odcięcia od życia, świata i samego siebie, oraz na to co nazywamy depresją. Wbrew potocznym przekonaniom to nie jest tak, że jedni to potrafią a inni po prostu nie – można się tego uczyć, rozwijać te umiejętności, otwierać się na nowe sposoby doświadczenia świata i siebie. Każdy z nas ma może odkrywać swój własny sposób doświadczania świata i dzięki temu odkrywać, że życie jest dużo bardziej pełne różnych smaków, barw, ekscytujących wrażeń i poruszających momentów niż dotąd sądziliśmy. Otwierając się na odczuwanie odkrywamy, że doświadczenie intensywności życia nie jest uzależnione od stymulujących aktywności, czy używek, ale jest dostępne zawsze.
Z tej perspektywy wszelkie koncepcje patriarchalne, czy inne zakładające naszą niepełność po prostu odcinają nas od kawałków samych siebie. Tak jak w pojęciu „drugiej połówki” musimy znaleźć kogoś kto zrealizuję tą część nas, do której nie dajemy sobie prawa. Powiedziano nam, że by być kobietą/mężczyzną musimy być jacyś, zachowywać się jakoś, wyglądać odpowiednio… a to oznacza przycinanie siebie do jakiegoś mniej lub bardziej zdefiniowanego wzorca. Tak jakby był jakiś jeden wzorzec, a nie tysiące, miliony przykładów realizacji męskości i kobiecości w kulturach świata, z których możemy (jeśli chcemy) korzystać odkrywając nasz własny jedyny i niepowtarzalny styl :) Powiedziano nam, że na bycie „prawdziwym mężczyzną” trzeba sobie zasłużyć, a by być „prawdziwą kobietą” trzeba odpowiednio wyglądać i się zachowywać. To nieprawda! Rodzimy się jako osoby określonej płci i nic tu nie ma do udowadniania! (pomijam kwestię osób transpłciowych, choć mam nadzieje, że i one będą wkrótce żyły w świecie, w którym nic nie muszą nikomu udowadniać). Dopiero dając sobie prawo do bycia w pełni sobą, oraz dając do tego samego prawo innym wychodzimy z wzorców patriarchatu (a przy okazji wszystkich innych wzorców narzucających nam jacy mamy być) i dokładamy swoją cegiełkę do nowej rzeczywistości.
Żyję w przekonaniu, że nie trzeba spełniać żadnych warunków by być kobietą czy mężczyzną, innymi słowy, że każda kobieta jest prawdziwą kobieta, a każdy mężczyzna jest prawdziwym mężczyzną. Zdanie to wypowiedziane żartem kiedyś spotkało się z żarcikami, że to taki banał i oczywistość… a jednak wnioski z niego wypływające mogą dla odmiany wydać się wręcz kontrowersyjne. Wniosek bowiem jest taki: wszystkie cechy posiadane przez dana kobietę, są manifestacjami jej kobiecości, nawet jeśli w czyimś systemie ocen są „męskie” i wszystkie cechy posiadane przez danego mężczyznę są wyrazami jego męskości, nawet jeśli przez otoczenie zostaną uznane za „kobiece” (czy „niemęskie”). Kobieta nie może zrobić czegoś co nie byłoby kobiece, a mężczyzna nie może zrobić czegoś co nie byłoby męskie. Jeśli którychś z zachowań nie obejmują nasze kategorie „męskości” czy „kobiecości”, to znaczy tyle, że te kategorie są do poszerzenia, a nie że czyjaś ekspresja jest do zawężenia.
Astrologia pokazuje to dobitnie często tworząc "paradoksy" w stylu "kobieca" planeta w "męskim" znaku lub odwrotnie. Jeśli ktoś ma np. Słońce w Byku, a Księżyc w Baranie, to kwestia tego, gdzie jest jego "męskość" a gdzie "kobiecość" robi się dość zawiła ;) I nie są to jakieś szalone wyjątki. Mars - nasz wewnętrzny Wojownik, mówiący o tym w jaki sposób podbijmy świat może być w każdym z 12 znaków i statystycznie rzadko trafia akurat tam, gdzie wyraża się jako typowy maczo. Okazuje się, że ile znaków tyle rodzajów wojowników, a to dopiero zajawka całej złożoności tego tematu. Podobnie z kobiecością: to co kultura hołubi jako "kobiece" to Wenus zaledwie w paru znakach: w Byku, Lwie (zmysłowa lub ognista kochanka), w Raku (opiekuńcza i czuła matka), czy Waga ewentualnie Panna (dobra, wspierająca żona), reszta czasem się pojawia na pograniczach, albo jako karykatury. Astrologia uczy, że nie ma jednej ścieżki wyrażania naszej kobiecości i męskości, a nasza indywidualność może być bardzo daleko od społecznych oczekiwań. Trochę o tym jak się różnimy i dlaczego to ma wielkie znaczenie pisałam w tym tekście o Wenus w znakach.
sobota, 21 lipca 2018
Równość kobiet i mężczyzn pod Księżycem
Z perspektywy astrologicznej każdy człowiek niezależnie od płci ma w swoim horoskopie urodzeniowym zarówno Słońce jak i Księżyc, co oznacza, że ma dostęp do jakości, które one reprezentują. Więcej: te dwie jakości tworzą rdzeń naszej tożsamości przy czym Słońce jest zazwyczaj bardziej związane z tym z czym się utożsamiamy, natomiast Księżyc z tym co się nam przydarza: z reakcjami, które są szybsze niż myśl, z emocjami, snami, potrzebami, głosem ciała czy intuicji. Dopiero połączenie tych dwóch jakości tworzy naszą wewnętrzną pełnię.
W każdej chwili wybieramy z którego z tych dwóch aspektów chcemy teraz korzystać. Kiedy
czwartek, 4 maja 2017
O wywoływaniu i doświadczaniu poczucia winy
Często słyszę, że poczucie winy to jakiś przebiegły sposób manipulowania człowiekiem od którego trzeba się po prostu uwolnić, odciąć i się nań zaimpregnować odpowiednią dawką miłości do siebie. Mimo, że miłość do siebie uważam za podstawę, to trudno mi się z tym podejściem zgodzić, bo to tak jakby nawoływać do kochania czegoś bez patrzenia na to lub do kochania siebie z pominięciem tej małej części, która czuje poczucie winy, którą trzeba wyrugować by już nie przeszkadzała nam w dalszym kochaniu siebie ;) Poczucie winy to uczucie i jeśli w danej chwili je czujemy, to jest ono jakąś prawdą o nas i wymaga uwagi byśmy mogli zobaczyć co się za nim kryje i co potrzebuje objęcia przez nas miłością. Poczucie winy to również konstrukt społeczny i poznawczy, dla mnie jednak w tym tekście ważniejsze jest to że stanowi ono często element gry relacyjnej, w której jedna osoba obwinia, druga jest obwiniana i obydwoje z jakichś powodów w tym tkwią i przeżywają silne emocje.
W wywoływaniu poczucia winy zawsze uczestniczą dwie osoby – ten co winą obarcza i ten co winę przyjmuje – inaczej to by nie zadziałało. Przyjmujący musi już mieć w sobie poczucie winy, zazwyczaj pochodzące z wcześniejszych relacji i z dzieciństwa. Obarczający natomiast musi mieć w sobie poczucie bycia ofiarą, domagającą się zadość uczynienia. Obarczenie poczuciem winy ma więc za zadanie uzyskanie / wymuszenie przeprosin, zadośćuczynienia, uznania własnej krzywdy a czasem wręcz zadania kary. Natomiast przyjmujący ma w sobie zazwyczaj mocno zduszoną i nieakceptowaną potrzebę doświadczenia kary. Sam karze siebie wybierając relacje, gdzie wciąż spotyka się z pretensjami. Gdy pretensji nie ma może je prowokować „podpadając”. Z czegoś się nie wywiąże, o czymś zapomni, coś zaniedba… i już znakomity pretekst do wymiany relacyjnej pod tytułem obwinianie. Co ciekawe zazwyczaj obwiniany nie przyjmuje obwinienia, walczy z zarzutami, domaga się np. więcej wolności, zrozumienia, czasem wycofuje się z relacji lub postępuje destrukcyjnie np., sięgając po używki w pozie zbuntowanego nastolatka. Jest to wynik tego, że głęboko ukryta wina z przeszłości jest podobnie odrzucana na poziomie świadomości. Całym swoim jestestwem osoba broni się przed przyjęciem odpowiedzialności za to co się zadziało. Często słusznie – dziecko zazwyczaj nie jest winne temu co się wydarza w świecie dorosłych. Nie zmienia to jednak faktu, że bez doświadczenia poczucia winy jako własnego ciężaru, który niesiemy przez życie i bez przyjrzenia się mu z pełną uczciwością nie wyjdziemy z wzorca przyciągania kolejnych win.
Obwiniający również zazwyczaj nie jest niewinną ofiarą prowokacji obwinianego. Zazwyczaj dobrze wie, gdzie są jego słabości i nieświadomie pomaga zaistnieniu sytuacji, którą później będzie osądzać. Dążenie do bycia przeproszonym często sprawia, że prosi o rzeczy, o których wewnętrznie wie, że ich nie uzyska, powierza zadania trudne do zrealizowania, oczekuje za dużo. Oczywiście na poziomie racjonalnym nie wydaje się to za dużo, ot oczekiwanie od permanentnego spóźnialskiego by się nie spóźniał lub od marzyciela by pamiętał o rachunkach. Jak się jednak przyjrzymy uczciwie jest w tym oczekiwanie niemożliwego i chęć zmiany drugiej osoby, a co za tym idzie brak akceptacji.
Źródło ukrytych tendencji obu stron dramatu jest podobne. Obwiniany wewnętrznie potrzebuje
wybaczenia, od kogoś z przeszłości, od samego siebie i w konsekwencji również od obwiniającego. Obwiniający potrzebuje wybaczyć komuś z przeszłości, sobie samemu, a w konsekwencji również osobie obwinianej. Zazwyczaj robią jednak wszystko co możliwe by tego od partnera tej rozgrywki nie otrzymać: obwiniany unika przyjęcia odpowiedzialności za swoje winy (które istnieją realnie, a nie tylko w głowie obwiniającego, np., poważniejsze spóźnienie), nie przeprasza, domaga się uznania, że nic się nie stało i że żadnej jego winy w tym nie było. Obwiniający zamiast wybaczyć nakręca się rozwijając interpretacje pojedynczego wydarzenia (spóźnił się bo nie jestem dla niego ważna, bo jest ktoś ważniejszy, bo chciał mi sprawić przykrość), wypomina wszystkie podobne sytuacje z przeszłości i te całkiem niepodobne, ale znakomicie nadające się do zwiększenia rozmiaru winy. W konsekwencji obydwoje są o lata świetlne odlegli od oczyszczającego wybaczenia, także tego o które naprawdę im chodzi. Utwierdzają się w swoich rolach Zranionej Niewinności i Stróża Sprawiedliwości, które nie pozwalają im na zobaczenie emocji, które leżą pod spodem. A pod spodem najczęściej leży wstyd i zranienie.
Nasza kultura i wiara katolicka z powtarzanym co niedzielę „moja wina!” nie ułatwiają nam uzdrowienia tych historii. Wszyscy jesteśmy obciążeni obwinianiem kulturowym: ci którzy chodzą lub chodzili do kościoła, kobiety za to, że są nie dość „czyste”, mężczyźni za to, że są nie dość zaradni, wszyscy którzy z jakichś powodów nie spełniają społecznych norm. Wiele naszych dziecięcych wstydów i win, wypływa z tego, że łamaliśmy te normy, choć z pewnością nie wszystkie. Czasem mamy na sumieniu zranienie kogoś lub zrobienie czegoś ze złą intencją. Powrót do tych historii to jedyna ścieżka by się od tego uwolnić. Więcej o tym pisałam tutaj
Istnieje też wina w relacjach kobiet i mężczyzn. Nieprzypadkowo opisywany wyżej wzorzec najczęściej w związkach wygląda w ten sposób, że to kobieta obwinia a mężczyzna jest obwiniany. Bywa oczywiście odwrotnie, czasem też obwiniany w ramach obrony siebie przed rzeczywistymi lub wyimaginowanymi zarzutami wchodzi w obwinianie: Ty też nie jesteś taka idealna! Faktem jest jednak, że to u kobiet częstsza jest potrzeba bycia przeproszoną, która prowadzi do szukania win, a u mężczyzn poczucie winy za grzechy swoje i innych mężczyzn, które prowadzi do różnych reakcji obronnych. Mamy w naszej historii między-płciowej dużo zranień, dużo win, które nie doczekały się przeprosin, dużo bólu i odwetów. One również wpływają na nasze tu i teraz, sprawiają, że wciąż odnawiamy ten schemat. Natarczywe obwinianie i szukanie dziury w całym spotyka się wciąż z agresywnymi i bierno-agresywnymi reakcjami. Jedyne co możemy zrobić to zobaczyć to i przeprosić siebie wzajemnie. Przeprosić za to co nasze i za to co nie nasze. Poprosić o wybaczenie za winy kobiet wobec mężczyzn i mężczyzn wobec kobiet. Uznanie tego co było, uznanie gniewu, żalu, bólu i lęku przed konfrontacją z tymi tematami. I na koniec, gdy już wszystkie emocje zostaną przeżyte, zdjęcie z siebie nawzajem tych wszystkich projekcji z przeszłości, w których się nawzajem uwikłaliśmy. I zobaczenie się na nowo.
Powiązane teksty:
- O poczuciu winy i wstydzie - dlaczego są nam potrzebne? - klik
- O przepraszaniu i o tym dlaczego nie chcemy przepraszać - klik
- O wybaczaniu i otrzymaniu wybaczenia - klik
Inne moje teksty o emocjach i rozwoju poprzez obejmowanie wszystkich aspektów siebie znajdziesz tutaj.
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Wenusowy przewodnik relacyjny, czyli Wenus w znakach zodiaku
![]() |
| Wenus w znakach |
Astrologia
potrafi być niezwykle pomocna nie tylko w samopoznaniu i rozwoju
osobistym, ale też w naszych relacjach i związkach. „Potrafi
być”, a nie „jest”, bo niestety najczęściej używa się
astrologii do sprawdzania kto do nas pasuje, a kto nie i do analizy
naszego związku, która tak naprawdę częściej mu szkodzi niż
pomaga, o czym pisałam tutaj. Na szczęście i w tej dziedzinie
można podejść do sprawy rozwojowo i konstruktywnie :) Chociażby
patrząc na taki drobiazg jak pozycja Wenus w horoskopie naszym i
naszego partnera. Znak zodiaku, w którym przebywa Wenus mówi m.in.
o tym w jaki sposób okazujemy miłość, a także jak byśmy chcieli
by nam miłość okazywano. Innymi słowy: co jest dla nas oznaką,
że kocha :) I tu dwanaście znaków zodiaku daje całkiem sporą
galerię możliwych podejść do tematu, choć jest to podejście
uproszczone, bo dodatkowe znaczenie wnoszą aspekty innych planet do
Wenus.
By znaleźć odpowiedź na powyższe pytania najpierw trzeba sprawdzić pozycję Wenus w znaku w
naszych horoskopach. Pod tym linkiem znajdziecie kalkulator astrologiczny portalu astrotheme.
Wpisujecie dane urodzeniowe i uzyskujecie Wasz horoskop urodzeniowy,
czyli rozkład planet w momencie urodzenia. Szukacie na nim znaczka
Wenus (popularny symbol płci żeńskiej :) ) i patrzycie na linię prowadzącą od niej do jednego ze znaków zodiaku. Jeśli nie znacie symboli znaków, to
możecie najechać myszką na symbol Wenus i zobaczycie na górze
informację o pozycji Wenus, z tym, że nazwa znaku będzie podana po
angielsku. No cóż odrobinę wysiłku w wiedzę trzeba włożyć ;)
(Uwaga – lojalnie uprzedzam, że ja na wiadomości z zapytaniem,
gdzie mam Wenus odpowiadać nie będę).
Jeśli
nie znacie godziny urodzenia, to w tym akurat przypadku nic nie szkodzi,
możecie wpisać dowolną, np. 12:00. Wyjątkiem są sytuacje, gdy
Wenus akurat jest dokładnie na granicy dwóch znaków, wtedy do
precyzyjnego określenia potrzebna będzie godzina, ale zazwyczaj i
tak często możecie czuć wpływ obu znaków jednocześnie.
Opis
jest krótki i żartobliwy. Skupiam się głównie na sposobie
okazywania uczuć i na tym jakich przejawów miłości potrzebujemy,
mimo że pozycja Wenus w znakach mówi nam dużo więcej: m.in. jak
kochamy, jak uwodzimy, jak przyciągamy do czego pragniemy, jak dbamy
o relacje, jak wyrażamy swoją kobiecość lub – w przypadku
mężczyzn – jakie kobiety nas pociągają etc... a także jaki mamy stosunek do pieniędzy i jaki one do nas ;) Głębiej temat
poruszałam i będę pewnie jeszcze poruszać na zajęciach
poświęconych Wenus. Tutaj tylko zajawka, nieco upraszczająca i
podkolorowująca sprawę. Poza znakiem Wenus w horoskopie jest
jeszcze masa innych czynników wpływających na nasze relacje, które
mogą nawet znacząco zmodyfikować to co poniżej :) Przykładowo
pozycja Księżyca pokazuje nasze potrzeby emocjonalne, które
zaspokajamy często poprzez bliskie relacje i często to bardziej on niż Wenus
pokazuje on kogo w rzeczywistości wybieramy na towarzysza życia,
czy w jakie relacje wchodzimy. Poniższe opisy Wenus dotyczą obu
płci, u mężczyzn tak samo jak u kobiet odpowiada ona za sposób
okazywania uczuć i potrzeby w związkach, choć zdarza się, że u
nich wyraża się mniej wprost.
Ok, ad
rem :)
Jak
okazujemy miłość i jak pragniemy by nam ją okazywano?
Wenus
w Baranie – bez ognia i namiętności nie ma miłości! Patrzy na
relacje zero-jedynkowo, albo jest albo nie ma – żadnych stanów
pośrednich, niepewnych, „próbnych”, uczucia muszą być na
full! Miłość najchętniej okazuje bezpośrednio, otwartym tekstem,
czy niedwuznacznym gestem, pokazując swoje zainteresowanie
seksualne, a gdy z jakichś powodów jest to trudne, to radzi sobie
poprzez prowokowanie, różnej formy ataki, utarczki, zgodnie z
zasadą kto się lubi ten się czubi ;). Tutaj sprawdza się zasada,
zobacz z kim Wenus w Baranie najczęściej się kłóci, a zobaczysz
na kim jej (jemu) najbardziej zależy ;) W drugą stronę też to
działa, więc jeśli partner nie okazuje Wenus w Baranie pożądania
w sposób wystarczająco dobitny, a do tego na przytyki reaguje
obojętnością i unika konfrontacji to widać kocha nie dość
gorąco... Ważne by wszystko działo się na bieżąco, na gorąco,
by uczucia nie wygasły i Wenus w Baranie nie znudziła się
czekaniem. Znudzona
Wenus
w Baranie, albo szuka dymu prowokując awanturę, albo zmienia obiekt
na ciekawszy ;) Ważne by partner wykazywał inicjatywę, odwagę,
bezpośredniość, bo owijanie w bawełnę i podchody to dla Wenus w
Baranie coś kompletnie nieinteresującego i zazwyczaj nawet takich
ruchów nie zauważa.
poniedziałek, 5 grudnia 2016
O przepraszaniu i o tym dlaczego nie lubimy przepraszać
Jak to jest, że tak wielu ludzi nie potrafi przepraszać?
Wydawało by się to takie proste, wystarczy wypowiedzieć jedno słowo. Tak samo
jednak moglibyśmy się zapytać: jak to się dzieje, że tak wielu ludzi umie
przepraszać? Bo przecież tak rzadko ktoś nas tego tak naprawdę uczy… Uczenie
dziecka przeprosin zazwyczaj przyjmuje formę: „idź i przeproś ciocię, że
stłukłeś jej wazon!”, „masz natychmiast pójść przeprosić kuzyna! I nie chcę
słyszeć, że to on zaczął!”. Przepraszanie w ten sposób staje się formą upokorzenia.
Zwłaszcza kiedy wiemy, że wazon tak naprawdę spadł nie z naszej winy, a kuzyn
specjalnie nas prowokował i nazywał nas w bardzo brzydki sposób, gdy nikt nie
słyszał… nikt nas jednak nie słucha, trzeba przeprosić i tyle. W ten sposób
przepraszanie kojarzy się z czymś narzuconym z zewnątrz, niesprawiedliwym,
odbierającym godność. Z czymś co robimy tylko wtedy gdy jesteśmy przyciśnięci do
muru, gdy ktoś stoi nad nami i nam coś karze, a my musimy. Gdy dorastamy i
coraz mniej ludzi może nam coś kazać przepraszania unikamy jak ognia. Takie
ukorzenie wydaje nam się w relacjach partnerskich wręcz nie na miejscu, co najwyżej
przed szefem możemy to zrobić, ale przed przyjacielem, partnerką? Lepiej już
iść w zaparte i upierać się, że mieliśmy pełne prawo postąpić tak jak
postąpiliśmy, niż wejść znowu w tą poniżającą rolę małego dziecka, które bąka pod
nosem przeprosiny całe czerwone z upokorzenia. Przepraszanie odbierane jest
więc jak wejście w rolę podległą względem kogoś, jak dziecko względem
dorosłego. Niesłusznie – niewiele rzeczy świadczy o naszej dojrzałości tak
dobrze, jak umiejętność przepraszania. Nie chodzi tu bowiem o poniżenie się,
symboliczne klęknięcie przed kimś, a o zejście z pozycji urażonego ego,
poczucia naszej wyższości i dumy do równego poziomu, gdzie oboje jesteśmy
ludźmi i możemy popełniać błędy.
Jakby to pięknie było gdyby rodzice na prawdę uczyli dzieci przepraszania, pokazując jak to się robi. „Przepraszam, że wczoraj na Ciebie nakrzyczałam, byłam zdenerwowana i zmęczona”, „Przepraszam, że nazwałem Cię pokraką, powiedziałem to w nerwach, ale tak naprawdę tak nie myślę. Wiem że się starasz i widzę, że coraz lepiej ci idzie.” Dziecko widziało by, że to co zostało popsute w relacji można naprawić, że wystarczy tylko trochę autorefleksji i to „magiczne” słowo, które sprawia, że nagle złość przechodzi i łatwiej jest wybaczyć. Że nie trzeba zawsze walczyć o
poniedziałek, 3 października 2016
Dlaczego dawanie i przyjmowanie to to samo?
![]() |
| photo Misha Taylor |
W prawdziwej wymianie trudno oddzielić dającego od obdarowanego. Obydwoje promienieją szczęściem i wdzięcznością. W wymianie pozornej między dającym a obdarowanym jest wyraźna granica. To znak, że ani dający nie daje naprawdę, ani przyjmujący rzeczywiście nie przyjmuje. Dawanie daje radość, przyjmowanie również. Kiedy daję naprawdę sama czuję się obdarowana. Kiedy przyjmuję naprawdę wdzięczność płynie z serca obdarowując dającego po wielokroć. Wszystkie te chwile, gdy daję nie czując radości lub gdy przyjmuję bez wdzięczności to nadużycia. Daję bo powinnam, bo nie umiem odmówić, bo czuję poczucie winy czy poczucie zobowiązania, bo chcę dostać coś w zamian… przyjmuję bez docenienia, bo tak naprawdę tego nie chcę, nie potrzebuję, bo czuję w darze ukryte zobowiązanie, ustawienie mnie na pozycji osoby zależnej lub coś winnej, albo też traktuję to jako wyrównanie za to co ja wcześniej oferowałam bez radości. Kiedy tak się dzieje to dawanie staje się zobowiązywaniem a nie wymianą. Nawet jeśli dający ma czyste intencje, ja mogę czuć się zobowiązana by jakoś się odwzajemnić. Nawet kiedy dającemu wydaje się, że ma czyste intencje, potem może oczekiwać lojalności, której złamanie wzbudzi uczucie żalu czy bycia wykorzystanym. Wymiana jest wtedy kiedy dając czuję, że jednocześnie tyle samo otrzymuję. Wymiana daje obu stronom wolność.
poniedziałek, 4 maja 2015
Kobiece ciało - czemu bycie w ciele jest trudne?
Dlaczego "bycie w ciele" często jest dla nas trudne? Po pierwsze dlatego, że to wydaje się być banał – przecież jestem w ciele, bo niby gdzie??? Działanie może być trudne, czucie to coś oczywistego. Umiejętność odczuwania swego ciała wydaje się nam czymś tak prostym jak oddychanie (również zwodnicza prostota ;) ). A wystarczy prosta medytacja z prowadzeniem uwagi czuciowej wzdłuż kręgosłupa i z czuciem kolejnym części ciała po kolei, a odkrywamy że to wcale nie takie łatwe. Że łatwiej nam sobie coś wyobrazić niż poczuć, a jak mamy trudność z wyobrażeniem, to nagle czucie tam nie sięga. Że często „czujemy” oczami i głową, zamiast ciałem.
Ten mechanizm jest jednak częścią dużo poważniejszego
zjawiska, które na własny użytek nazwałam zewnętrzną perspektywą wobec własnego
ciała. Jesteśmy obserwatorami wobec samych siebie i to obserwatorami mocno
oceniającymi. U mężczyzn w dużym stopniu zawęża się to do patrzenia na swoje
ciało jak na przedmiot, który ma dobrze działać i nie przejawiać żadnych wad i
słabości (typu uczucia). Ta postawa jest zresztą drugim ważnym powodem dla
którego trudno nam być w ciele, bo traktujemy ciało jak mechanizm i nauczyliśmy
się, że emocje to nic dobrego, a od bólu najlepiej uciec w leki lub wizualizacje i udawać, że
go nie ma. To dotyczy tak samo kobiet,
jak i mężczyzn, choć wiadomo wciąż gdzieniegdzie pokutuje hasło, że „chłopaki
nie płaczą”, a kobiety jednak bardziej „mogą” sobie na to pozwolić. U kobiet
pojawia się jednak inna głęboko destrukcyjna postawa, która jest tak
powszechna, że aż kompletnie niedostrzegana. Patrzenie na swoje ciało z
zewnątrz jako na coś co nie tyle ma być sprawne, co dobrze wyglądać. Wiem, dużo
się mówi o ograniczających wzorcach kobiecego piękna, o chorobach takich jak
anoreksja czy bulimia, o kompleksach, operacjach plastycznych, kulcie młodego i
perfekcyjnego ciała…. Zawsze jednak jest to tylko dyskusja o tym, według jakich
kryteriów oceniać nasze ciało i próby uznania piękna także poza sztywnymi
kanonami. Ciągle jednak patrzymy z zewnątrz. Skupiamy się na tym by dobrze
wyglądać, a nie by się dobrze czuć. Dbamy o ciało traktując je z zewnątrz
różnymi preparatami i zabiegami, często całkowicie ignorując to co ono do nas
mówi. Skąd to się bierze? Dlaczego traktujemy swoje ciało, jakby było ono czymś
od nas odrębnym? To proste – nauczyliśmy się tego. Młoda kobieta dowiaduje
się zazwyczaj dość szybko co to znaczy „ładnie siedzieć” i że to na pewno nie
oznacza „siedzieć wygodnie”. Dowiaduje się, że jej ciało, sposób poruszania,
mimika, zachowania są oceniane wg kryteriów estetycznych i uczy się sama tak
oceniać siebie. Dochodzi do tego, że różne fizyczne „braki” lub „nadmiary”
stają się przyczyną wielkich dramatów. Uwaga skupia się na tym jak moje ciało
odbierają inni, a nie na tym jak ja sama je odbieram – czyli jak je czuję.
Mocnym przykładem tego do czego to prowadzi, była opowieść
jednej z instruktorek edukacji
seksualnej o nastolatce, która zadzwoniła do młodzieżowego telefonu zaufania z pytaniem o to jaka pozycję przyjąć podczas pierwszego razu, tak by nie były widoczne jej fałdy na brzuchu. Nic innego nie było ważne, tylko ta konkretna informacja. Ciało widziane z zewnątrz, przez partnera, ważniejsze niż własne odczucia podczas seksu, czy emocje związane z tym ważnym wydarzeniem. Brzuch jako fałdy, a nie jako przestrzeń gdzie rodzi się pożądanie, przyjemność, a czasem lęk lub ból....
seksualnej o nastolatce, która zadzwoniła do młodzieżowego telefonu zaufania z pytaniem o to jaka pozycję przyjąć podczas pierwszego razu, tak by nie były widoczne jej fałdy na brzuchu. Nic innego nie było ważne, tylko ta konkretna informacja. Ciało widziane z zewnątrz, przez partnera, ważniejsze niż własne odczucia podczas seksu, czy emocje związane z tym ważnym wydarzeniem. Brzuch jako fałdy, a nie jako przestrzeń gdzie rodzi się pożądanie, przyjemność, a czasem lęk lub ból....
Czym jest ta perspektywa zewnętrzna dowiedziałam się i
poczułam wyraźnie podczas pewnych warsztatów tantrycznych. To co się często
wydarza na takich zajęciach to powrót do ciała i uczenie się podążania za jego
impulsami. Ziewamy kiedy mamy ochotę, wzdychamy, płaczemy, wyjemy, skaczemy,
zwijamy się… ciało zostaje uwolnione od nakazów i zakazów, które w tzw.
„normalnym świecie” je krępują. Nie – to nie oznacza orgii seksualnej,
osaczania innych swoją ekspresją! Wręcz przeciwnie: okazuje się, że ciało jest
niewinne i często bardziej spragnione czułego dotyku niż dzikich orgii, a
warunki gdzie wszyscy mogą być autentyczni pozwalają nam na uczenie się stawiania
granic. Tak więc właśnie było – weszłam w mocny kontakt z moim ciałem,
poruszałam nim w zgodzie z tym co czuję, pozwalałam sobie na bycie w pełni
autentyczną i spontaniczną… aż do momentu kiedy jeden z mężczyzn opacznie
zinterpretował moje radosne przeciągnięcie się i złapał mnie za talię. Ten pozornie drobny gest dla mnie w tamtym momencie
był szokującym przekroczeniem moich granic, ale też bolesną konfrontacją.
Uderzyła mnie nagle świadomość, że moje zachowanie może być interpretowane
jako: prowokowanie, uwodzenie, mizdrzenie się, kokietowanie… i jeszcze parę
brutalniejszych określeń do wyboru. Z miejsca pełnego bycia w ciele i robienia
tylko tego na co ono ma ochotę, nagłe przerzucenie do perspektywy zewnętrznej,
kiedy patrzę na siebie oczami jakiegoś mężczyzny, było niezwykle raniące. A
więc to to robimy sobie my kobiety! Rezygnujemy z czucia ciała i z
autentyczności na rzecz tego co wyobrażamy sobie, że widzą inni! I z tej
perspektywy każdy gest jest po coś. Poprawiam włosy, bo uwodzę, siadam tak a
tak by wydać się taka a nie inna, przyjmuję odpowiedni wyraz twarzy, a gdy boję
się molestowania rezygnuję ze wszystkiego co mogłoby być odebrane jako
„prowokacja”. Jeżeli macham nogą to nie robię tego dla własnej przyjemności, ale po to by zwrócić na
siebie uwagę. Jeżeli westchnę to nie po to by uwolnić nagromadzone napięcia,
ale po to by pobudzić czyjąś wyobraźnię erotyczną. Jeżeli się przeciągnę, to na pewno nie dla
tego, że mam na to ochotę, ale po to by zaprezentować światu swoje ciało i
zachęcić jakiegoś macho do złapania mnie za talię!
Tak, łatwo tutaj zrzucić winę na mężczyzn. To oni oceniają
nasze ciała, gesty i miny, a też niejednokrotnie mają skłonność do ich
nadinterpretowania projektując na nas własne pożądanie. Pokutuje tu patriarchalny mit myśliwego goniącego piękną łanię. Myśliwego nie
interesują intymne przeżycia zwierzyny, a jedynie to czy ucieknie, czy też da
się złapać. Prawda jest jednak taka, że często to my same – kobiety – widzimy
swoje ciało jako przedmiot i patrzymy na nie z perspektywy owego „łowcy”. A to jest to co możemy zmienić i co jest konieczne byśmy nie wchodziły w nadużywające sytuacje - a bycie "łanią" upolowaną przez mężczyznę, nawet jeśli pociągające jest też otwartą drogą do zostania potraktowaną przedmiotowo. A tym co nas informuje, że właśnie może dojść czy doszło do takiego czy innego nadużycia jest właśnie ciało i słuchanie go (a nie tylko prezentowanie światu) jest kluczowe w odkrywaniu tego czego na prawdę chcę, a czego nie. Nasze ciało wie czy coś jest dla
nas dobre czy nie, czy przy kimś się czujemy bezpiecznie, czy mamy ochotę na
bycie w kontakcie czy nie. Informacjami są: napięcie w ciele, podwyższony głos,
tendencja do rozglądania się na boki, czy do odsuwania się od partnera.
Gdybyśmy słuchali tych sygnałów, jak tylko zaczynają się pojawiać
oszczędziłybyśmy sobie wielu przykrych sytuacji. Ale niestety częściej skupiamy
się na tym jakie wrażenie robimy i jak „powinnyśmy” się zachowywać, tak jakby
to miało większe znaczenie niż nasze dobro.
Oczywiście nie ma niczego złego w chęci podobania się, w
dbaniu o wygląd czy w uwodzicielskich ruchach. To cudownie, gdy kobieta czuje
się w swoim ciele dobrze i kobieco, ciesząc się każdym ruchem i tym jakie
wrażenie robi na innych. Problem zaczyna się wtedy gdy perspektywa zewnętrzna
jest jedyną nam dostępną, gdy to jak wyglądam jest ważniejsze od tego co czuję,
a fałdy na brzuchu istotniejsze niż doświadczanie przyjemności. Żeby poczuć
czym jest nasze ciało, czego potrzebuje, jak pragnie się poruszać potrzebujemy
zmienić perspektywę i wejść w odczuwanie ciała zamiast bycia jedynie widzem. Tańczyć,
jakby nikt nie patrzył, poruszać się tak by nam samym to sprawiało przyjemność,
wyrażać swoją zmysłową naturę nie dla kogoś, ale dla własnej przyjemności…
Praca z ciałem i z seksualnością tak naprawdę do tego celu prowadzi – byśmy odzyskały
nasze ciała, prawo do czucia się w nich jak w domu, do czucia przyjemności bez
poczucia winy i wstydu, byśmy słuchały co nasze ciała mają nam do powiedzenia i
szanowały je.
Jako inspirację polecam piękne video „Why I Dance” i towarzyszący mu przekaz: ""Because the expression of my sexuality does not negate my integrity ,intelligence or autonomy "
P.S. W tym tekście skupiłam się na kulturowych i społecznych przyczynach odcięcia od czucia ciała. Pominęłam natomiast przyczyny indywidualne, traumy, doświadczenie przekroczenia granic, bólu, molestowania, trudne uczucia, które wiążą się z czuciem i które uaktywniają się np. przy dotyku... To temat na osobny artykuł, choć częściowo poruszyłam go już w tym artykule.
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Zaproszenie
Gdziekolwiek jesteś, czekam na Ciebie. Kimkolwiek byłeś,
cokolwiek przeszedłeś. Ważne, że już jesteś gotowy, tak jak ja jestem gotowa.
Gotowy na bliskość, na bycie sobą bez gier, na otworzenie serca przed kobietą.
Gotowy na zobaczenie mnie taką jaka jestem, bez zasłon i iluzji, bez lęku przed
moją siłą czy przed moją delikatnością. I na przyjęcie mojego otwartego serca z
szacunkiem i uważnością. Na złożenie swojego w moje czułe dłonie.
Ja jestem silna mocą którą w sobie odnalazłam, miłością,
którą objęłam siebie, mądrością, która przeze mnie płynie, pewnością, że
wiem po co tu jestem i że Świat mnie poprowadzi do celu. Ty jesteś silny
darami, które zdobyłeś w swojej podróży. Każda Twoja rana wypełniła się złotem.
Znasz swoją drogę i swoją moc. Znasz także swoje słabości i umiesz spotkać się ze swoim Cieniem. Ja też to umiem, dlatego tak dobrze się rozumiemy.
Czasem, tak jak ja, masz wątpliwości. Czasem przeżywasz
gorsze chwile, przepływa przez Ciebie smutek, ból czy gniew. Pozwalasz sobie na
to, bo wiesz, że wszystkie emocje są dobre. Nie zamykasz serca, gdy cierpi, tak
jak nie zamykasz oczu, gdy wkoło dzieje się krzywda.
Każde z nas jest Pełnią. Nie potrzebujemy nikogo by wypełnił
naszą pustkę. Nie czujemy przymusu, napięcia, głodu. Życie jest cudowne takie
jakie jest i będzie cudowne kiedy się spotkamy. Coś się jednak zmieni. Dwie
serca się odnajdą i zaczną bić wspólny rytm. Dwa ciała się odnajdą i zacznie
się taniec. Dwie dusze się odnajdą.
~ Moonset
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Dlaczego nie robię astrologii partnerskiej?
Tekst ten jest odpowiedzią na często pojawiające się w mojej praktyce pytanie o horoskopy partnerskie. Może dzięki niemu uda mi się uniknąć ciągłego powtarzania się ;)
Z astrologią porównawczą, czyli
zajmującą się relacją między dwoma osobami, mam problem. Z
jednej strony jest to ciekawe wyzwanie intelektualne, parę poziomów
trudniejsze od analizy indywidualnego horoskopu. W rzeczywistości by
zrobić dobrą analizę porównawczą, trzeba najpierw przeanalizować
każdy z horoskopów urodzeniowych z osobna, dopiero potem można
przejść do sprawdzania jak mają się one do siebie i jak na siebie
wpływają, a na końcu creme de la creme: sprawdzanie jaką jakość
tworzą dwie osoby razem, czyli tzw. horoskop kontaktowy. I tu
pojawia się pierwszy, choć zdecydowanie najmniej istotny problem:
jak wycenić taki ogrom pracy?? Dalej pojawiają się problemy natury
etycznej. Najczęściej bowiem proszą mnie o taką analizę osoby,
które chcą się czegoś dowiedzieć o potencjalnym czy aktualnym
partnerze, za jego mniejszą lub większą świadomością. Mogłabym
co prawda założyć, że jeżeli ktoś daje komuś swoje dane
urodzeniowe, w szczególności godzinę, to wie co robi i co go może
w związku z tym czekać. Jednak mam dużą wątpliwość co do
działania „za plecami” zainteresowanego, bo takie analizy osoby
trzeciej kojarzą mi się po prostu z obgadywaniem i wydają po
prostu nieetyczne, nawet jeżeli ktoś wyraził na to zgodę. Jako psycholożka po prostu nie mogę w czymś takim uczestniczyć. Kiedy
przekazuję moją wiedzę bezpośrednio osobie, której ona dotyczy
wiem, że robię to z intencją pozytywnych zmian w jej życiu i mogę
zadbać o to by to co mówię było wspierające i poszerzające
świadomość. Gdy mówię coś o kimś do kogoś innego nie mam
najmniejszego wpływu na to jak te informacje zostaną wykorzystane.
I nie mówię tu o zakładaniu złej woli tego kto mnie słucha, a
jedynie o naturze ludzkiej, która interpretuje na swój sposób
wszystko co usłyszy i o tym, że osoby zaangażowane emocjonalnie są
zazwyczaj „najgorszymi” bo mocno subiektywnymi interpretatorami.
Co więcej sytuacja, w której jeden partner coś wie o drugim
stwarza sytuację nierówności między nimi, która najczęściej
wyraża się w relacji bardziej rodzicielskiej i wychowawczej niż
partnerskiej. Słowem cokolwiek nie powiem mogę w ten sposób
wpłynąć negatywnie na relację.
Ok, tak więc czegoś takiego nie
robię. Jedyne co wydaje mi się w tej materii etyczne to spotkanie z
dwójką partnerów jednocześnie na wspólnej sesji (kłania się
moja specjalizacja czyli terapia par i rodzin ;) ). Niemniej i tutaj
pojawiają się kolejne wątpliwości. Mam bowiem poczucie, że
astrologia astrologią, a to co ma największe znaczenie to co my,
jako para, robimy z tym naszym lepszym lub gorszym dopasowaniem.
Można na bazie trudnych lub dość słabych astrologicznych połączeń
zbudować dobrą i trwałą relację, można też pięknie „skopać”
relację z najlepszymi dopasowaniami! W przypadku astrologii
porównawczej czuję, że konfrontowana jestem z wielką tajemnicą,
która
niedziela, 2 czerwca 2013
Tantra - połączenie płci?
Tantra to mistyczne połączenie kobiety i mężczyzny… takie właśnie opisy długo trzymały mnie z daleka od doświadczenia tantry. Bo skoro nie mam partnera (koniecznie mężczyzny) to poznanie czym jest tantra nie jest dla mnie dostępne… to luksus wyłącznie dla par, które poza miłością połączyła podobna otwartość na sprawy duchowe. Może więc kiedyś, w przyszłości…? Teraz, gdy tantra jest mi bliska widzę, że jest to coś dużo głębszego niż tylko kontakt dwupłciowych kochanków. To kontakt z samym sobą, doświadczanie przyjemności, pojawiających się emocji oraz swej duchowej istoty. To kontakt z drugim człowiekiem, znanym lub nieznanym, płci dowolnej i odkrywanie co czuję w tym kontakcie, co się dzieje we mnie i co się dzieje między nami. To w końcu uzdrawianie seksualności, otwieranie się na swoją cielesność, otwieranie serca, otwieranie się na wizje przy jednoczesnym ugruntowaniu, czuciu ciała. Ta esencja tantry w moim odczuciu jest dostępna każdemu bez względu na płeć, orientację i status na fejsbuku ;) Spotkanie z drugą osobą, która jednocześnie jest moją miłością niewątpliwie jest szczególnym przypadkiem spotkań tantrycznych i wyjątkowo pięknym doświadczeniem, ale czy rzeczywiście jest istotą tantry? Czy nie mając tego doświadczenia nie mogę powiedzieć, że doświadczyłam czym jest tantra? To zresztą problem większości warsztatów tantrycznych, gdzie zazwyczaj kobiet jest więcej i często oznacza to spotkania między kobietami. Czy te spotkania są gorsze? I czy to nadal jest tantra?
***
Wielokrotnie doświadczałam męskość w kobiecie i kobiecość w mężczyźnie. Kobiecość i męskość w sobie. Jakości te potrafią nam się ukazywać paradoksalnie lub wręcz absurdalnie. Kobieca delikatność w oczach wielkiego silnego faceta, męska twardość u filigranowej dziewczyny… zazwyczaj jednak te jakości, które odkrywamy spotykając się z drugą osobą, są poza płciowością. Doświadczamy lęku lub miłości, doświadczamy czegoś szczególnego w sposobie poruszania, atmosferze jakąś ktoś roztacza, w dotyku, widzimy delikatnie wibrującą duszę…. Jak się bardzo
Subskrybuj:
Posty (Atom)























